Włoska robota

Andiamo in Italia!


Dzień 0.

Wybrzeże amalfitańskie. Jedyne 1973 km od domu. Daleko, ale odkąd zobaczyłem na zdjęciach Stradę Amalfitanę wiedziałem że tam kiedyś pojadę. Plany były dużo wcześniej, ale od wiosny 2020 roku ciężko cokolwiek co dotyczy wyjazdów zagranicznych planować.

Mimo to podjąłem próbę przygotowania wycieczki i wcielenia jej w życie. Początek czerwca wydawał się być idealnym czasem – zarówno pod względem pogody jak i luzowania restrykcji związanych z ograniczeniem przemieszczania się dotyczącym pandemii koronawirusa. Włochy jako jedne z pierwszych państw jeszcze początkiem maja zapowiadały zniesienie restrykcji, jednak koniec końców dzień przed wyjazdem musieliśmy zrobić test antygenowy.

Obawy przed testem oczywiście były. A co jak komuś wyjdzie pozytywny? Nie dość że nie pojedzie na upragnione moto wakacje to jeszcze spędzi 10 dni na kwarantannie tutaj? A może ponowny test? Pytań było sporo, jednak wszystkie one okazały się niepotrzebne. Sześć negatywnych wyników i możemy jutro ruszać w drogę!


Dzień 1.

Plan na ten dzień – jak zwykle – był nudny i monotonny. Start -> Rzeszów. Meta -> Wiedeń. Atrakcje? Nic z tych rzeczy. Najszybszą drogą – czytaj autostradową - do celu. 640 km autostradowej drogi nie napawa optymizmem, jednak jadąc na wczasy traktuje się to jako nieistotną konieczność i tyle. Naszym jednym ograniczeniem tego dnia był czas dotarcia do mety odcinka tj. godzina 18.30. O tej bowiem porze zaczynał się załadunek motocykli na pociąg relacji Wiedeń – Livorno realizowany przez austriackie linie OBB.



Gdzieś kiedyś przeczytałem że zamiast kolejny dzień jechać nudną autostradą, lepiej w nocy zrobić 900 kilometrów pociągiem, śpiąc – całkiem wygodnie – w kuszetkach. Po podliczeniu wszystkich kosztów wychodziło około 20 Euro drożej na dwie osoby + motocykl niż cena paliwa, hoteli i autostrad we Włoszech (cena jest różna w zależności kiedy się rezerwuje i w jakiej opcji – fotele w wagonie (najtaniej, nie polecane), kuszetki (spoko), wagony sypialne – (podobne, najdroższa opcja) i od możliwości rezygnacji z rezerwacji. Zaoszczędzony jednak czas i potencjalny ból tyłka po zrobieniu kolejnych 900 km autostradą – dla mnie – jest tego warty.

Gnaliśmy więc najpierw przez Polskę, gdzie ruch po zjeździe na węźle Gliwice – Sośnica zamarł prawie zupełnie, potem przez Czechy. Przed granicą czesko – austriacką – problem. Na wyświetlaczu mojego VStroma zaświecił się na pomarańczowo symbol silnika – „check engine” i błąd „FI” (do sprawdzenia na komputerze lub poprzez odpowiednie ustawienie zworek). Kodu błędu nie sprawdzę, bowiem – jak powtarzam to po raz kolejny – na motocyklu to ja umiem jeździć i nic poza tym.

Padł na mnie blady strach. No nie… to nie może się tak skończyć. Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej w Mikulovie. Fachowym okiem popatrzyliśmy w czterech chłopa na motocykl (Speed, Józek, Miro i ja).

- No ale coś się dzieje poza tym że świeci? Czujesz coś dziwnego? – zapytał Speed

- Nie. Gdybym nie spojrzał na wyświetlacz to nawet bym nie zwrócił uwagi że coś się dzieje. – odpowiedziałem.

W głowie kłębiły mi się następujące myśli: Wracać? Mam 550 kilometrów do zrobienia. Do Wiednia na pociąg mam 100. Rano będę w Livorno – spore miasto, pewnie jest gdzieś jakiś serwis Suzuki – pewnie da się to ogarnąć. No tak, ale jak się nie da to będę już prawie 1500 kilometrów od domu, a nie jak teraz – 550….

Jedziemy! – powiedziałem – Jak stanie to będę się martwił – Rzuciłem pewnie do kompanów podróży, chociaż w głębi duszy nie byłem tego taki pewny.

Kolejne kilometry upływały pod znakiem ciągłego spoglądania na wyświetlacz. Przecież może skoro się samo zaświeciło to może i samo zgaśnie…



Dojechaliśmy do Wiednia na stację. Austriacki ordnung dał o sobie znać. Pan z obsługi wprawnym ruchem rozstawiał kolejnych motocyklistów na poszczególne pola i w odpowiednim czasie kazał wjeżdżać na platformę prowadzącą do wagonu. Sam wjazd na platformę to ciekawe przeżycie. Najlepiej ściągnąć kask – broń Boże nie jechać w kasku z otwartą szczęką! Nisko tam jak cholera i można zawadzić o środkową platformę (na nią wjeżdżają samochody). Głowa więc w dół, szyba w dół i gazu…

Po chwili obsługa pociągu sprawnie montuje zabezpieczenia i linki do motocykli. Wyrobiliśmy się sprawnie w czasie. Do odjazdu pociągu zostało półtorej godziny. WSKAZÓWKA – przy platformie nie było żadnego sklepu, więc jak ktoś ma potrzebę zaopatrzenia się w coś na drogę – lepiej zrobić to przed wjazdem na stację. Na samym peronie można było kupić towary pierwszej potrzeby w podróży od Pani która jeździła tam takim wózkiem – jednak 5E za piwo to nie jest cena okazyjna.

Mirek na googlach sprawdził gdzieś jakiś sklep – jedne 20 min na piechotę – zebrał zamówienia – już po niespełna godzinie raczyliśmy się austriackim piwem w austriackim pociągu w drodze do Włoch…


Dzień 2.

Obudziłem się już około 6 rano. Trochę zabalowaliśmy w tym pociągu, jednak nie na tyle by mieć jakiekolwiek wątpliwości co do możliwości jazdy. Pociąg dojechał do stacji około godziny 9.30. Kolejne dwie godziny zajęło rozładowanie motocykli. Wniosek jest prosty – im wcześniej przyjedziesz na stację i ustawisz się w kolejce – tym wcześniej wyjedziesz z platformy na miejscu.

Mnie jednak interesowało co innego. Mój problem z motocyklem. Wcześniej przeglądałem warsztaty w Livorno i nigdzie nie mogłem znaleźć Suzuki. Za to punktów dotyczących obsługi skuterów było pewnie kilkadziesiąt.

Odpaliłem motocykl. Kontrolka zgasła… i po pierwszych przejechanych metrach się nie pojawiła. Super. Jedziemy dalej. Naszym pierwszym postojem w drodze do Rzymu (taki był plan na nocleg) była urocza miejscowość Bolgheri – do której dojeżdża się cyprysową aleją – długą na 4,5 kilometra drogą wzdłuż której rosną wysokie na kilkadziesiąt metrów cyprysy. Ładna droga i ładne miasteczko – ot takie na poranną kawę i bajgla.



Wyjeżdżając z Bolgheri kontrolka znowu się zaświeciła, psując mi dobry humor. Ok. Czyli błąd się skasował i wystąpił ponownie. Nie był to incydentalny przypadek, tylko coś się tam rzeczywiście dzieje. Tylko gdzie i z czym? Dojadę do Rzymu, będę się zastanawiał.




W Rzymie znaleźliśmy fajny kemping na nocleg – kilka kilometrów od centrum Rzymu – fajne, klimatyzowane domki, na kempingu duży basen, boisko – za cenę pewnie nie wyższą od cen w Polsce. Pierwsze zaskoczenie – jak tu mało ludzi! Wieczór spędziliśmy na szybkim tourze po Rzymie – Piazza Navona, Fontana di Trevi, Panteon, Ołtarz Ojczyzny, wino, kawa i lody 😊.

A, jeszcze jedno! Kontrolka przy samym dojeździe do Rzymu zgasła…




Dzień 3.

Wyjechaliśmy z Rzymu około godziny 10.00. Cel na dziś Amalfi Coast. Kierowaliśmy się w kierunku Neapolu głównymi – bezpłatnymi – drogami. Dwupasmowe, niezatłoczone drogi którymi mogliśmy żwawo przemieszczać się do celu. Po kilkudziesięciu kilometrach ponownie zaświeciła się kontrolka silnika, ale martwiło mnie to coraz mniej.

Kilkadziesiąt kilometrów dalej przy głównej drodze zauważyłem szyld „Suzuki Motorcycle”. No nie mogłem przegapić takiej szansy. Reszta ekipy zatrzymała się na stacji benzynowej nieopodal a ja udałem się do serwisu.

- Buongiorno! – przywitałem się po włosku – Ho un problema con la mia moto! – Na tym moja znajomość języka włoskiego się skończyła. Niestety przejście na język angielski niewiele pomogło gdyż moi rozmówcy woleli abym został przy włoskim. Przeszliśmy na uniwersalny język migowy. Już po minucie mechanik wpiął się w złącze serwisowe i zaczął stukać coś na mini komputerze.

- Problem z niskim napięciem, błąd numer… (nie pamiętam) – odpowiedział mechanik i pokazał palcem na coś koło wydechu.

- O to tutaj nie otwiera się do końca, dużo pyłu, kurzu i innego syfu i przy maksymalnym otwarciu przepustnicy jest tylko 87% otwarcia – kontynuował w języku migowym, pokazując przy tym dane na komputerze.

- Mogę jechać z tym dalej czy trzeba naprawiać / wymieniać? – zapytałem łamanym włosko angielskim

- Daleko? – odparł mechanik

- No… będzie ze 3.000 km w ponad tydzień.

- Jedź! Będzie ok! - Po czym psiknął jakimś WD 40 czy innym ustrojstwem i pokazał na migi że będzie ok.

- Quanto costa il servizio? – zapytałem

- Niente! Buon viaggio! – uśmiechnął się i poszedł.

Darmowa przysługa turyście w potrzebie i uśmiech na ustach drugiego człowieka. Niby niewiele ale wizyta tam „zrobiła mi dzień”. Wewnętrzny spokój powrócił. Mogliśmy dalej jechać, bez większego stresu że coś się stanie z motocyklem. Kontrolka silnika nadal raz gasła raz się świeciła (trzy dni później zgasła i już się nie świeci do teraz…) ale nie wywoływało to we mnie żadnych większych emocji.



Objechaliśmy Neapol i Wezuwiusza od ich wschodniej strony i drogą SS 366 skierowaliśmy się na wybrzeże. Ukazało ono nam się po kilkunastu kilometrach i było niesamowite. Skały wychodziły z morza i pięły się na kilkadziesiąt metrów do góry. Pośrodku nich biegła pokręcona do granic możliwości droga a wszędzie gdzie się tylko da, a nawet tam gdzie teoretycznie się nie powinno dać – stały upchane domy, hotele, restauracje. Fantastyczny widok. Droga do SS 163 czyli Strady Amalfitany była na wyciągnięcie ręki, ot jakiś kilometr w linii prostej, natomiast dojazd do niej zajął nam kolejnych kilkanaście minut. Nawrotki o 180 stopni na drodze szerokości 3 metrów schodzące w dół to chleb powszedni.

Ekscytacja widokami szybko zostaje zastąpiona skupieniem i koncentracją na drodze i innych użytkownikach ruchu. Jazda z pasażerem i kompletem kufrów objuczonym do granic możliwości VStromem do najlżejszych i najprostszych nie należała, ale po około pół godziny jazdy przyzwyczaiłem się do ruchu i panujących tam zasad. To znaczy ich braku. Jedziesz jak chcesz, a im jesteś mniejszy tym więcej ci wolno. Widzisz małą dziurę którą możesz przejechać? Jedź… normalka. Wyprzedzanie się skuterów na trzeciego czy czwartego obok stojących samochodów czy autobusów na drodze o szerokości 4 czy 5 metrów – żaden problem. Nikt nie trąbi, nikt nie krzyczy. Włoski luz… Lubię to!



Po przejechaniu miejscowości Positano na drodze zrobiło się zupełnie luźno, droga zrobiła się trochę szersza a zakręty mniej ciasne. Manetki poszły w ruch. Lewo, prawo, lewo, prawo, krótko, długo, nawrót. I tak kilkanaście kilometrów zabawy.

Po kolejnych kilkunastu kilometrach dotarliśmy do apartamentu który był naszą bazą wypadową na następne dwa dni. Widok z tarasu był piękny. Obok apartamentu znajdowała się bardzo dobra restauracja La Macina gdzie uraczyliśmy się znakomitymi daniami i wybornym winem…


Dzień 4.

Po śniadaniu wybraliśmy się na zwiedzanie wybrzeża. Temperatura do jazdy – idealna. 21 stopnii, słońce i bryza znad morza. Tym razem ubrałem się bardziej po włosku, a co mi tam. Jeansy, kurtka moto i adidasy. Jak już wpadłeś między wrony… 😉. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, gdyż późniejsze 30 stopni w cieniu i pełne słońce dawały się wszystkim we znaki.



Naszym pierwszym punktem było Positano – miasteczko które widnieje na większości widokówek z wybrzeża amalfitańskiego. Nie chce sobie nawet wyobrażać co się tam dzieje jak jest duży ruch. Bo – wspominam to po raz kolejny – ruch był niewielki. Droga jednokierunkowa prowadząca w dół miasteczka do plaży straszliwie wąska i kręta. Samochody i motocykle mogą parkować tylko na wyznaczonych do tego miejscach i parkingach (opłata dla moto 5E za godzinę - sic!) czego skrupulatnie pilnują panowie z Policji. Zatrzymaliśmy się na jednym z parkingów położonych w połowie drogi w dół. Spacer w dół po wąskich alejkach miasteczka był przyjemny. Zadbane, klimatyczne hotele, restauracje. Wykorzystany do granic możliwości każdy centymetr kwadratowy ziemi. Kwitnące, kolorowe kwiaty przy każdej zabudowie tworzą fantastyczny klimat tego miasteczka. Sama plaża taka sobie. Ciemny, momentami grafitowy piasek z kawałkami kamyków tworzy wrażenie jakby był brudny. Sam widok na piętrzące się w górę miasteczko – niesamowity. Cały czas się człowiek zastanawia jak oni tam to budują…



Wypite małe piwko (5E) na plaży i spacer w górę. No teraz to nie było tak różowo. Słońce pomimo wczesnej godziny prażyło już niemiłosiernie, a do tego kamienna zabudowa potęgowała odczuwanie ciepła. Gdybym był ubrany w normalny strój motocyklowy, chyba bym się roztopił.

Ruszyliśmy dalej Stradą Amalfitaną w kierunku Ravello. Widoki co chwile jak z obrazka. Wąska droga, krótki tunel, a za nim lazurowe morze. Pionowa skała, za nią zakręt który wygląda jakby zmierzał ku wodzie. Niska, około 30 centymetrowa kamienna barierka, odgradzająca cię od urwiska na kilkadziesiąt metrów. Pięknie. Nie poszaleliśmy na tej drodze. Nie było jak, a z drugiej strony nie było po co. Wolna jazda pozwalała cieszyć się cudownymi widokami jak z bajki.



Dotarliśmy do Ravello. Przed wejściem do starej części miasteczka zostawiliśmy motocykle na parkingu – tutaj już zdecydowanie tanie bo po 1E za godzinę. Pieszo udaliśmy się do ogrodów willi Cimbrone (wejście 7E). Śliczna miejscówka z bardzo ładnymi ogrodami i przepięknym widokiem z tarasu nieskończoności. Obok tarasu zlokalizowaliśmy niewielką restaurację i w ogrodzie pod tarasem delektowaliśmy się w tych pięknych okolicznościach przyrody Aperolem.



Po około godzinnym relaksie wróciliśmy do motocykli i postanowiliśmy ruszać w drogę powrotną, która choć liczyła tylko 40 kilometrów zajęła nam prawie półtorej godziny. Tak, tak się tam podróżuje i nie ma co liczyć że będzie szybciej. Może być tylko wolniej… Wieczór upłynął nam w La Macina gdzie tym razem zajadaliśmy się doskonałą pizzą.







Dzień 5.

Nasz tzw. day OFF. Czyli dzień bez motocykla. Wcześniejszego dnia rozmyślaliśmy nad jakąś zorganizowaną wycieczką. Chciałem zobaczyć Pompeje i Neapol. Skończyło się tak że Caterina – z obsługi apartamentu w którym nocowaliśmy – załatwiła nam kierowcę z busem na cały dzień do naszej dyspozycji. Super.



Początkowo udaliśmy się w kierunku Pompei. Już sama podróż z Masa Lubrence kierunku Pompejów była fantastyczna. Cudowne widoki na miasteczka, morze, zatoczki, klify… niesamowite. Naprawdę widokowo zrobiło to na mnie olbrzymie wrażenie.

W Pompejach rozczarowanie – nie możemy kupić biletów na zwiedzanie. Można je było kupić tylko online (próbowałem dzień wcześniej – nie można było) a w kasie musimy czekać 3 godziny. Zrezygnowani pojechaliśmy dalej ale postanowiliśmy że spróbujemy tu wrócić w drodze powrotnej. Kierowca woził nas po Neapolu pokazując co istotniejsze w mieście. Zawiózł nas na punkt widokowy z którego rozpościerał się piękny widok na Neapol i Wezuwiusz. Następnie zostawił nas w centrum miasta gdzie spędziliśmy sporo czasu na chodzeniu po starówce i jedzeniu wspaniałej pizzy neapolitańskiej w Gino e Toto Sorbillo – pizza z podwójną mozzarellą – pycha, lepszej nie jadłem. Następnie udaliśmy się w kierunku jednej z głównych ulic która kończyła się na Piazza del Plebiscito, gdzie w Gran Caffe Gambrinus spróbowaliśmy sfogliatelli z owocami.

W drodze powrotnej udaliśmy się jeszcze raz do Pompei. Tym razem nam się udało kupić wejściówki i pomimo upału ponad dwie godziny spacerowaliśmy po ruinach miasta zniszczonego przez Wezuwiusza. Robi wrażenie…



W drodze powrotnej kilka razy zatrzymywaliśmy się na robienie pamiątkowych zdjęć. Te widoki chyba do końca życia pozostaną w mojej pamięci.





Dzień 6.

Plan na dzisiejszy dzień to przejechanie jeszcze raz SS 163 i dotarcie przez różne widokowe drogi do Alberobello. Zaraz po wyjeździe z apartamentu przed nami było rozwidlenie na SS 163 i na drogę SS 145 biegnącą do Sorrento i dalej w kierunku Neapolu. Nad Stradą Amalfitaną wisiały ciężkie deszczowe chmury. Widać było z odległości kilku kilometrów że trwa tam pogodowy armagedon. Jazda w strugach deszczu po tych krętych drogach na pewno nie przyniosłaby oczekiwanych wrażeń a jedynie stres i frustrację. Zdecydowaliśmy że odpuszczamy przejazd tą trasą i od północnej strony, gdzie świeciło słońce, przemieszczaliśmy się w kierunku Alberobello.

Po drodze zatrzymaliśmy się w Materze – mieście wykutym w skale. Jest to niewątpliwie jedno z najbardziej niezwykłych miasteczek w jakim kiedykolwiek byłem. Gdy pierwszy raz ujrzałem na żywo panoramę Sassi di Matera – szczęka mi opadła. Przy okazji – sceneria tego miasteczka posłużyła Melowi Gibsonowi do kręcenia filmu „Pasja”, a i w nowym odcinku o przygodach brytyjskiego agenta 007 akcja filmu toczy się na ulicach Matery. Nie muszę przypominać że zwiedzanie było znakomite gdyż turystów można było policzyć na palcach jednej ręki. No, może gdyby temperatura w słońcu była mniejsza niż 35 stopni byłoby bardziej przyjemnie. Spędziliśmy tu przyjemne dwie godziny i ruszyliśmy dalej.



Do Alberobello dotarliśmy około 17.00. Niemal każdy, kto ma w planach wyjazd do Apulii, na liście miejsc do zobaczenia ma właśnie słynne miasteczko domów trulli. Piękne i wpisane na listę UNESCO miasteczko jest niezwykłe i nie ma drugiego takiego na świecie. Wąskie, kręte uliczki wijące się w górę i w dół, małe podwórka ozdobione donicami kwiatów, krzewami róż i jaśminu oraz niezwykłe małe domki trulli. Apulijska legenda głosi, że trulli powstały po to, by nie płacić podatków. Domy budowane bez zaprawy murarskiej, można budować w bardzo krótkim czasie. Taki dom można uznać za wiecznie niedokończony wobec czego nie trzeba było płacić podatków.



Kiedy czytałem opisy o tym jak zwiedzać to miasteczko każdy powtarzał by tam zanocować gdyż dopiero wtedy miasteczko się wyludnia i nie ma wszędobylskich turystów. No cóż… jak się pewnie domyślacie tym razem takiej potrzeby nie było gdyż turystów… po prostu nie było w ogóle. Można było spokojnie robić pamiątkowe zdjęcia jak na prywatnych sesjach.



Kolację zjedliśmy na miejscu w jakiejś polecanej przez Trip Advisor restauracji. Zjedliśmy smacznie, zapłaciliśmy niemiłosiernie drogo i za ewidentnie za małe porcje – ale za to wszyscy byliśmy w doskonałych humorach. Wspomnę tylko, że nocowaliśmy około 3,5 kilometra od centrum domków trulli w „La casa della nonna”. Gospodarze gdy dowiedzieli się że chcemy się wybrać na kolację do centrum zaproponowali nam bezpłatną podwózkę dla, a po kolacji przywieźli nas z powrotem. Miło.




Dzień 7.

Osiągnęliśmy najdalsze punkty na mapie naszej wyprawy. Teraz już powoli ale sukcesywnie zmierzamy ku domowi. Dzisiejszy dzień to raczej spokojna jazda głównymi ale niepłatnymi drogami w kierunku Foggi. Kilkanaście kilometrów przed Foggią odbiliśmy na drogę SS 89 gdzie krętą drogą dojechaliśmy do pięknej plaży – Spiaggia di Vignanotica.



Dojazd do plaży to bardzo wąska, ale wyasfaltowana droga. Z uwagi na niewielki ruch początkowo myślałem, że coś pomyliłem i nawigacja prowadzi mnie do jakiegoś ślepego punktu. Gdy pojawiły się parkingi – dodam że zupełnie puste – wiedziałem że dobrze jedziemy. Normalnie płatność za parking na plaży wynosi 5E ale tym razem zostały one w kieszeni.



Plaża jest żwirowa z bardzo stromym zejściem do morza. Po zejściu na plażę najpierw znajdują się toalety oraz przebieralnie, następna strefa płatna z leżakami, parasolami i dwoma Idąc w lewo lub prawo – bliżej morza – można dojść do odcinka bezpłatnego, dużo bardziej malowniczego. Nad plażą góruje skalisty, biały klif, których nachyla się ku wodzie. Żwirowe kamienie na plaży mocno nagrzewają się od słońca więc dobrze zaopatrzyć się w jakieś obuwie. Szkoda że nie mieliśmy więcej czasu, gdyż chętnie po prostu bym tu odpoczął. Oczywiście Józek i Speed skorzystali z chwili wolnego i zanurzyli się w zimnym – jak dla mnie – Adriatyku.

Po około dwóch godzinach relaksu ruszyliśmy dalej w kierunku Campobasso – przedsionku do wjazdu w Apeniny. Od początku wyjazdu z plaży chmury wokół nas zaczęły robić się coraz gęstsze i zapowiadało się na deszcz. Przed jedną ze stacji benzynowych na której tankowaliśmy w niedalekiej odległości widać było potężny front który się zbliżał ku nam.



Uciekliśmy z tej stacji w przeciwnym kierunku licząc na to że objedziemy ten front boczną drogą. Nic bardziej mylnego. W ciągu kilku chwil rozszalała się wichura i zaczęło potężnie lać. W ciągu dosłownie kilkunastu sekund lekki deszcz przerodził się w oberwanie chmury. Na dwupasmowej drodze zatrzymaliśmy się pod mostem i włączyliśmy światła awaryjne. Mirek pojechał dalej w tą ulewę. Motocykle stały pod mostem na wąskim pasie awaryjnym, natomiast my przeszliśmy za bramki oddzielające drogę i zaczęliśmy ubierać przeciwdeszczówki. Lało tak niemiłosiernie że widoczność w pewnym momencie zmalała do kilkudziesięciu metrów. W pewnym momencie nawet kierowcy samochodów nie czuli się pewnie gdyż zatrzymywali się na drodze z włączonymi światłami awaryjnymi.

Po kilkunastu minutach deszcze trochę zelżał, wsiedliśmy na motocykle i ruszyliśmy dalej. Prawo Murphy`ego mówi, że jeśli ubierzesz się całościowo w kombinezon przeciwdeszczowy to najdalej za 5 minut przestanie padać. Nie inaczej było tym razem. Z drugiej jednak strony lepiej jechać w tym kombiaku bez deszczu niż w nim. Kilkanaście kilometrów dalej wypogodziło się zupełnie a droga stała się „przyjemna do żwawej jazdy”. W niecałą godzinę dotarliśmy do celu.


Dzień 8.

Dzisiejszy dzień to zaplanowane około 320 kilometrów i 6 godzin jazdy. Ciche, spokojne drogi, górskie klimaty, niesamowite widoki, wspaniałe zakręty i przyroda… Nic mniej i nic więcej… Wyjechaliśmy dość wcześnie. Początek jazdy to droga SS 17. Początkowo nic ciekawego. Dość wąska, bez dobrej nawierzchni. Jednak tempo było jak na taka drogę dosyć żwawe. Następnie odbiliśmy na drogę SR 479 gdzie okoliczności przyrody stały się coraz ładniejsze. Droga sama w sobie nie zmieniła się za bardzo, jednak krajobraz dookoła zaczął się zmieniać na pagórkowaty. Duże przestrzenie i spokój.



Po dotarciu do drogi SS 17 bis i przejechaniu okolicy Castel del Monte ukazał nam się krajobraz iście sielankowy. Góry z lewej, góry z prawej i ogromne puste przestrzenie pomiędzy nimi. Żadnych zabudowań, zero ruchu samochodowego. Tylko my i przyroda. Krajobraz przypominał mi trochę ten z Durmitoru, tylko droga po której się poruszaliśmy była raczej płaska a góry były trochę oddalone od nas. Niemniej jednak podróżowało się nią fantastycznie. Ta cisza, ten spokój, to swego rodzaju połączenie z naturą... Nawet w interkomach była cisza, gdyż każdy z nas rozkoszował się w ciszy i spokoju przebytymi kilometrami.



Nasz spokój zmąciły ciężkie chmury kilkadziesiąt kilometrów przed noclegiem. Noclegiem, który znaleźliśmy naprędce na bookingu. Mogliśmi poświęcić tej rezerwacji trochę więcej czasu gdyż po przybyciu na miejsce (przed deszczem) okazało się że nie dostaliśmy tego co było w opisie a i gospodarz, który początkowo wydawał się miły (oczywiście no English) okazał się gburem i zwykłym chamem. Pojechaliśmy dalej – już w deszczu, który w międzyczasie zaczął padać – i znaleźliśmy miejsce które miało mieć wolne pokoje, ale jak się okazało – już nie miało. Jakiś pech tego dnia. Finalnie, znaleźliśmy apartamenty w budynku jakiejś niewielkiej galerii handlowej, które w porównaniu do tego pierwszego miejsca okazały się być prawie wersalem…


Dzień 9

Kolejny dzień rozpoczęliśmy również podróżą przez fantastyczne krainy – najpierw drogą SP89 przechodzącą w SP 134, a następnie przez park narodowy Monte Sibillini. Park ten zlokalizowany na granicy Marchii Ankońskiej i Umbrii został powołany w 1993 roku na terenie królestwa mitycznej Sybilli w celu ochrony przyrody i stworzenia „parku narodowego odpowiedniego dla wszystkich”. Zwiedzając teren parku można odnieść wrażenie, że czas w nim się zatrzymał - sprzyjają temu mury średniowiecznych opactw skryte wśród małych miasteczek.



Przed wjazdem w górskie tereny i przełęcze zatrzymaliśmy się na śniadanie na świeżym powietrzu. Dzisiaj wyruszyliśmy bardzo wcześnie. Podzieliliśmy się na dwie grupki gdyż nie wszystkim chciało wyjeżdżać się tak wcześnie. Po półgodzinnym posiłku ruszyliśmy w dalszą drogę.

Krajobrazy w parku zapierały dech w piersiach. To były kolejne fantastyczne kilometry wśród gór i przełęczy. Po zjeździe na niziny mieliśmy skierować się bocznymi drogami do San Marino, a następnie do Rimini. Coś jednak popierniczyłem w nawigacji i skierowaliśmy się na główne drogi prowadzące do samego Rimini. Fatalnie się nimi jechało. Duży ruch praktycznie non-stop w terenach zabudowanych, fotoradary porozstawiane co kilka kilometrów, niemiłosierny upał.

Speediego zatrzymali carabinieri, a powodem jego zatrzymania był fakt, że ich wyprzedził. To nic że na ciągłej i z prędkością trochę większą niż dopuszczalna. Liczył się sam fakt, że ich wyprzedził. Oczywiście przyjęcie postawy defensywnej spowodowało tylko słowną reprymendę. Włoscy policjanci nie mogli się nadziwić jak można jeździć w pełnym stroju motocyklowym w taki upał.

- Bezpieczeństwo – powiedział Speed.

- Bezpieczeństwo? Haha! – Wybuchnął śmiechem carabinier – Popatrz na Włochów! Jak oni jeżdzą ubrani!

No cóż. Inna kultura, inna mentalność. Nic mi do tego. Po około półtorej godziny przedzierania się przez ruch uliczny dotarliśmy do Rimini, które jest najbardziej popularnym kurortem wakacyjnym we Włoszech i jednym z najbardziej znanych nad całym Adriatykiem. Skupia w sobie wszystkie zalety i wady turystycznego konglomeratu.



Zameldowaliśmy się w hotelu przy samej plaży i już godzinę później oddaliśmy się kąpielom słonecznym i morskim do końca dnia. Na słynnej plaży w Rimini ruch był znikomy, podobnie zresztą jak w innych częściach Włoch, o czym wspominałem już wielokrotnie. Obłożenie miejsc szacowałbym na jakieś 5 procent. Nieprawdopodobne.

Druga grupa dotarła wieczorem. Pojechali całą trasę zgodnie z planem, od południa przez San Marino. My stwierdziliśmy że pojedziemy tam z samego rana.


Dzień 10.

Zgodnie z planem z samego ranem wraz ze Speedem udaliśmy się do San Marino. Jest to jedno z najmniejszych Państw świata i jedyne takie państwo-miasto we Włoszech. Położone wysoko na wzgórzu Monte Titano słynie z ładnej starówki, ogromnego zamku i faktu, iż jest najstarszą republiką świata. Naczelną dewizą mieszkańców, jest wolność, a rocznie to niewielkie państwo odwiedza 4 miliony turystów.



Po przekroczeniu zabytkowych murów obronnych miasta od razu doskonale widać, że San Marino niemal podporządkowane jest turystom. Na próżno tu szukać tradycyjnych włoskich sklepików, kameralnych barów, masarni z wędlinami, czy zakładów rzemieślniczych. Wokół pełno jest sklepów z alkoholami, drogimi zegarkami, modnymi ubraniami i butami od projektantów oraz z biżuterią. Wszystko pod szyldami prestiżowych marek i niemal na każdej witrynie turystów zza granicy kusi napis Tax Free.



Mimo to miasteczko ma niewątpliwy urok. Wąskie alejki, wybrukowane kostką uliczki, tarasy widokowe, podcienie budynków – jest tu naprawdę przyjemnie i romantycznie. Historyczne centrum San Marino jest małe. Można intuicyjnie chodzić i wspinać się w coraz to wyższe części miasta.



Jednym z najważniejszych miejsc w San Marino jest Piazza Della Liberta. To średniej wielkości plac przy którym stoi gmach Pallazzo Publico. siedziba parlamentu San Marino. Z samego Piazza Della Liberta rozpościera się piękny widok na cały region.



Po około godzinnej przechadzce – w przyjemnych temperaturach – ruszyliśmy dalej na północ. Wyjazd z Rimini był podobny do wjazdu. Zatłoczone drogi, duży ruch, mnóstwo TIRów. Robiło się coraz cieplej. Z przyjemnych 24 stopni nad ranem zrobiło się prawie 30 w pełnym słońcu. Jazda stała się mało przyjemna, ale kontynuowaliśmy podróż na północ. Na wysokości Wenecji odbiliśmy z głównych dróg na północ i trochę na zachód i kierowaliśmy się do przełęczy San Boldo. Kilkadziesiąt kilometrów przed przełęczą zaczęło ponowne padać. Ubraliśmy przeciwdeszczówki i ruszyliśmy na przełęcz. Kilka kilometrów przed nią przestało padać.

Passo San Boldo, zwana “Drogą Stu Dni” to jedna z fajniejszych tras włoskich Alp. Charakterystyczne pięć tuneli i kilkanaście serpentyn to niepowtarzalna atrakcja nie tylko dla miłośników dwóch kółek, ale także dla fotografów. Droga wspina się na wysokość 706 m. npm. Mimo, że nie jest to wysokogórska przełęcz jej urok i położenie zachęca do odwiedzenia tych stron. Ciekawostką jest, że przejazd przez tunele jest wahadłowy, a porządku pilnuje kilka sygnalizacji świetlnych. Po wjeździe do pierwszego wykutego w skale tunelu od razu rozumiemy dlaczego ruch jest wahadłowy. Po tak ciasnych nawrotkach w tunelach jeszcze nie jechałem. Ciekawe doświadczenie.

Po przejechaniu Passo San Baldo znajdujemy się w Alpach. Górskie klimaty, alpejskie wioski i piękne, majestatycznie pnące się do góry szczyty towarzyszą nam do celu podróży dzisiejszego dnia – Belluno.



Druga grupa, która podobnie jak dzień wcześniej wyjechała trochę później pojechała inna trasą. Zwiedzili Wencję – o dziwo – pustą – i dotarli do Belluno późnym popołudniem.


Dzień 10 i 11.



W planie na dzisiejszy dzień mieliśmy do przejechania Mangartskie Sedlo w Słowenii. Niestety wjazd na tą wysokogórską drogę był zamknięty z uwagi na wielometrowe zaspy śniegu. Postanowiliśmy więc przejechać przez Cortinę d`Ampezzo przełęczą Passo di Giau. Kilkadziesiąt ciasnych nawrotów, piękne widoki po około godzinie jazdy znaleźliśmy się na wysokości 2.236 metrów. Na przełęczy było jeszcze dużo śniegu, ale temperatura do jazdy była wyborna.



Sprawnie pokonaliśmy zjazd z przełęczy – dzięki dwóm włoskim motocyklistom, którym dotrzymywaliśmy szybkiego tempa. Później – głównymi – nie autostradowymi drogami – kierowaliśmy się do Grazu i naszego ostatniego noclegu.

Ostatni dzień naszej wyprawy to autostradowy dojazd do domu. W 12 dni przejechaliśmy 4.500 kilometrów, dodatkowo 900 kilometrów przejechaliśmy pociągiem. VStrom wypił 288 L paliwa, a opony ponownie nadają się do wymiany.



Dzięki Panie i Panowie za kolejny udany wyjazd. Wszyscy wyjechaliśmy i wróciliśmy na tych samych sprzętach. Do następnego!




195 wyświetlenia1 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Sam na sam...