Transalpina i Transfogaraska - lipiec 2019

Kilkudniowy wyjazd na Rumunię zrodził się w głowie dużo wcześniej. Dwa lata temu, końcem września 2017 razem z Bartym wybraliśmy się na Transalpinę i Transfogaraską. Z uwagi na przyczyny natury obiektywnej nie udało nam się przejechać całej zaplanowanej trasy, jednak DN67C i DN7C przejechaliśmy. Transalpina przywitała nas wtedy chłodem i totalną pustką. Temperatura spadła tam do 1 stopnia i przez kilkadziesiąt kilometrów nie przejechał żaden samochód oraz motocykl. Transfogaraska uraczyła nas zimnem i mgłą, nic nie było widać… Wiedziałem, że prędzej, czy później, tam wrócimy…

Tym razem zaplanowaliśmy wypad w lipcu. Ponownie kilkudniowy wyjazd z głównymi atrakcjami w postaci Transalpiny i Transfogaraskiej. Przy powrocie wąwóz Bicaz i kilka mniej znanych motocyklowych dróg. Do wyjazdu zgłosili się Miro, Speedy, Józio, Barty, ja oraz nowy towarzysz wypraw Andrew wraz ze swoim Harleyem Davidsonem. Dzień przed wyjazdem Miro stwierdził że nie da jednak rady pojechać i odpada. Speedemu też się plany pozmieniały i w dzień wyjazdowy musiał być na Słowacji. Stwierdził jednak że dogoni nas na następny dzień przed samą Transalpiną.

Wyjechaliśmy w czterech w środę przed południem. Cel – Satu Mare już w Rumunii. Odległość – nie taka duża jaką często robiliśmy, około 370 kilometrów, ale chwile nam zeszło. Nasz nowy towarzysz podróży nie był przyzwyczajony do takich dystansów i większych prędkości przelotowych gdyż tak w sumie to była jego pierwsza dłuższa podróż. Niemniej jednak z każdym przejechanym kilometrem Andrew czuł się pewniej a i prędkość przelotowa wzrastała do takiej do jakiej byliśmy przyzwyczajeni.

Spokojnym tempem i z kilkoma postojami dotarliśmy do celu. Hotel Cardinal w Satu Mare. Wypróbowany już ostatnim razem więc wiedziałem czego się spodziewać. Kolacja, butelka wina, albo dwie… i poszliśmy spać.



Poranek. Patrzę na telefon. SMS. Miro. Jadę do was! Zaczekajcie na mnie! No… w sumie fajnie, tylko będziemy mieć trochę obsuwy. Mirek miał być u nas koło 12.00 więc poranek spędziliśmy na spacerze po Satu Mare. Gdy do nas dojechał zrobił kilkuminutową przerwę i już razem ruszyliśmy dalej. Dzisiejszym celem był dojazd pod Transalpinę. Znaleźliśmy nocleg już na początku DN67C w Martinie. Dojazd bez większych wrażeń. Droga generalnie nudna i nie warta uwagi. Andrew radził sobie coraz lepiej a po wjeździe na kilkudziesięciokilometrowy odcinek autostrady co chwilę pobijał swoje dotychczasowe rekordy kończąc gdy wskazówka na jego HD pokazała 162 km/h…

Gdy dojechaliśmy do celu przywitała nas gospodyni domu. Komunikacja była dość utrudniona gdyż właścicielka nie znała angielskiego natomiast rumuńska gościnność dała znać o sobie i jeszcze dobrze nie zsiedliśmy z motocykli a już raczyliśmy się rumuńska nalewką. Późnym wieczorem dołączył do nas Speedy. Ledwo zsiadł z motocykla i już raczył się rumuńska nalewką… Mimo dość sporego rozweselenia musieliśmy w miarę rano wstać. Prognoza pogody na następny dzień nie była optymistyczna. Od godziny 12.00 zapowiadał się deszcz w całym regionie więc chcąc przynajmniej część trasy przejechać w słońcu nie mogliśmy pozwolić sobie na nocne Polaków rozmowy…


Rano dość szybko zebraliśmy się w dalsza drogę. Pierwsze kilkadziesiąt kilometrów DN67C to nic ciekawego. Widoki słabe, asfalt zły. Wydaje mi się że dużo gorszy niż dwa lata temu jak jechaliśmy z Bartim. Chłopaki początkowo byli mocno rozczarowani trasą. Dopiero odcinek od Obarsia Lotrolui spowodował przyspieszone bicie serca. Super asfalt, zakręty krótkie, długie, nawroty i do tego piękne widoki…



Czego chcieć więcej? Może tego żebyśmy razem tam dojechali. Jadący na końcu Andrew nie usłyszał komunikatu w interkomie i zamiast pojechać dalszą częścią trasy DN67C odbił na DN7A. Po kilku kilometrach próbowałem do niego dzwonić ale z zasięgiem na trasie było słabo. Zrobiliśmy sobie pół godzinny postój na szczycie, podziwiając widoki i opowiadając wzajemne wrażenia z jazdy. W międzyczasie Andrew zdał sobie sprawę że pojechał źle i zawrócił. Dotarł do na jakieś dwadzieścia minut później, jak byliśmy na przerwie. Super, wszyscy w komplecie, ruszamy!


- Sprzęgło mi nie działa! – powiedział Józio

- To je wciśnij – odparł Barty

- To nie jest śmieszne!

No cóż… faktycznie, linka od sprzęgła w Józkowym fazerze nie wytrzymała natłoku wrażeń i poszła się paść… Hm… W lewo i w prawo mniej więcej tyle samo do cywilizacji, czyli daleko… Popchnęliśmy Józka, wbił jedynkę i powoli ruszył. Wbił dwójkę i turlał się powoli, około 40 km/h. Barty i ja jechaliśmy jakieś 200 metrów z przodu i koordynowaliśmy jazdę, żeby Józek nie musiał zatrzymać się do zera. Przejechaliśmy kilka kilometrów i z interkomu odezwał się Speedy.


- Andrew leży…

- No żesz kur** - odpowiedziałem.

- Co się stało?

- Ślizgnęło go na zakręcie, żyje, nie połamany, raczej ok.

- Dobra, wracam do was – odrzekłem.

Mirek z Józkiem pojechali dalej w kierunku cywilizacji a ja wracałem do Andrew i Speeda. Na jednym z zakrętów też mnie ślizgnęło, jakiś rozlany olej czy coś, ale na szczęście jechałem powoli i nie wywróciłem się. Okazało się że Andrew również na zakręcie najechał na rozlany olej, tylko nie miał szans się wyratować. Motocykl poszedł ślizgiem od wewnętrznej strony zakrętu do zewnątrz. Dobrze że nic nie jechało z naprzeciwka… Na szczęście skończyło się na strachu. Kierownik cały, motocykl – poza drobnymi obrażeniami – okazał się zdatny do dalszej jazdy. Po kilkunastu minutach powoli ruszyliśmy dalej. Andrew całą sytuację zniósł dzielnie, chociaż później – czemu wcale się nie dziwię – jechał powoli i na „kwadratowo”, zresztą jak my wszyscy gdyż każdy inny odcień asfaltu niż normalny powodował zamęt w głowie....


Chwilę później zadzwonił Miro i powiedział że znaleźli gdzieś jakiegoś chłopa co zna chłopa, który zna chłopa, który jest mechanikiem i jadą do niego. Super. My skierowaliśmy się do Curtea de Arges gdzie mieliśmy kolejny nocleg. Co ciekawe, w ogóle nie sprawdziły się prognozy pogody i nie padało. Całe szczęście, jeszcze tego by nam brakowało do pełni szczęścia. Dotarliśmy do Curtea de Arges w miarę szybko – gdyż około 14.00 i zaczęliśmy się odstresowywać. Miro i Józio dotarli około godziny później. Linka zrobiona – co prawda nie tak jak być powinno, bo czegoś tam brakowało – ale na potrzeby wyjazdu powinno spokojnie wystarczyć. Dużo wrażeń jak na jeden dzień. Wybraliśmy się najpierw na zakupy po których przyrządziliśmy jakieś przekąski, a następnie wybraliśmy się do jakiejś restauracji na kolację i lokalne trunki… rozmowy przeciągnęły się długo za długo… Aha, prognozy na jutro znowu fatalne, cały dzień ma lać, a przed nami Transfogaraska…



Poranek okazał się dość trudny co dla niektórych, dlatego podzieliliśmy się na grupy. Wyjeżdżając z Curtea de Arges pogoda była świetna. Słoneczko, ciepło, póki co prognozy się znów nie sprawdziły. Pamiętam jak czytałem o wyjeździe na DN7C aby absolutnie tam nie wybierać się na wakacjach na weekend. No cóż, potwierdzam. Masa samochodów ciągnąca się na szczyt zwiastowała ogrom ludzi, korki i niewiele frajdy z jazdy…



Jadąc w górę w pewnym momencie przed nami stanął samochód.

- Dlaczego on stoi? – zapytał Speedy, który jechał z tyłu.

- Yyyyy… Niedźwiedź stoi jakieś pięć metrów ode mnie i się na mnie patrzy…

Ludzie w samochodzie, w swojej bezpiecznej kryjówce byli zafascynowani i trzaskali mu foty. Mi jakoś do śmiechu nie było, zwłaszcza że misio nadal się na mnie patrzył z ciekawością. Z prawej strony samochodu nie objadę, na lewym pasie siedzi misio i czeka… Na szczęście misio nie był głodny i po jakiejś minucie pojechaliśmy dalej.


Po około pół godziny prognozy zaczęły się sprawdzać. Zaczęło najpierw kropić, a za chwile potężnie lać. Zatrzymaliśmy się na chwile i ubraliśmy przeciwdeszczówki. W strugach deszczu zmierzaliśmy na szczyt. Po mniej więcej dwudziestu minutach przestało padać i wyszło słońce. Przed szycztem – jakieś osiemset metrów przed tunelem – korek. Wszyscy stoją, samochody, autobusy… Lewym pasem przedarliśmy się na koniec kolejki. Okazało się, że z drugiej strony korek ma kilka kilometrów a problemem są parkujące autobusy… Masakra. Tłum ludzi, swąd spalin i zero przyjemności z obcowaniem z naturą. Widoki, owszem ładne, ale co z tego skoro nie można się tym nacieszyć. Zrobiliśmy kilka fotek i pojechaliśmy dalej.


Naszym teoretycznym celem dnia dzisiejszego była miejscowość Gheorgheni ale wiedziałem że tam nie dojedziemy. Zbyt późny wyjazd, tłok na drodze… wiedziałem że musimy zmienić dalsze plany. Po zjeździe z Transfogaraskiej zatrzymaliśmy się w jakiejś restauracji – Motel Castel , nie polecam jedzenia – i zmieniliśmy nocleg na bliższy, tak aby reszta mogła spokojnie dojechać. Reasumując – nie wybierajcie się na DN7C na weekend na wakacjach – to kompletnie nie ma sensu. Zniszczycie sobie wrażenia jakie mogą was spotkać na tej znakomitej skądinąd trasie.


Następnego dnia rozpoczęliśmy powrót do domu. Bicaz i inne atrakcje muszą poczekać do następnego razu. Plan na niedzielę był bardzo prosty. Dotrzeć do Baia Mare i zrelaksować się na basenie. Udało nam się to znakomicie w hotelu Primera Dru. Dotarlismy tam dość wcześniej więc mieliśmy dużo czasu na regeneracje i naładowanie akumulatorów. Relaks w przyjemnej atmosferze był zwieńczeniem całego wyjazdu. Ostatni dzień to powrót do domu. Powoli, spokojnie, bez wrażeń. Dzięki za wyjazd i… do następnego... jak już się ta zasrana Corona skończy...




0 wyświetlenia

©2020 by Ride Through Life. Proudly created with Wix.com