Sam na sam...

Wtorek. Godzina 12.00

Może by tak jeszcze gdzieś pojechać? Szybki rzut oka na pogodę w Europie i… wygląda to całkiem nieźle. Zwłaszcza południowo wschodni kierunek od Rzeszowa. Dwa lata temu zaplanowałem z Bartkiem trasę do Rumunii gdzie co niektórzy z forum V-Strom powątpiewali w możliwość jej sprawnego przejechania w tak krótkim czasie. Challenge accepted ? Pewnie nikt z moich regularnych towarzyszy podróży się nie zdecyduje w tak krótkim czasie, więc… jadę sam.


Środa. Godzina 11.00.

Przygotowany do podróży. Szybki rzut oka na mapę. Najkrótsza drogą do Rumunii nie przejadę. Węgrzy wprowadzili ograniczenia w ruchu i pozostaje tylko tranzyt głównymi drogami. Może dam radę bocznymi, ale jak przejścia będą zamknięte to powrót do głównego przejścia w Tornyosnementi zajmie zbyt dużo czasu. Nie ryzykując zbytnio wybrałem opcję dojazdu głównymi drogami. Wydłużyło to czas przejazdu do około ośmiu godzin – zakładając, że dojadę do Baia Mare – ale co tam… czasu mam pod dostatkiem.

Do Barwinka przejechałem bardzo sprawnie. Za Svidnikiem w okolichach Giraltovce zaczął padać deszcz. Nie pamiętam kiedy udało mi się przejechać ostatnio przez Słowację bez deszczu. Początkowo lekki kapuśniaczek zamienił się w dosyć regularną ulewę wobec czego zatrzymałem się chwilę, żeby ubrać przeciwdeszczówki. Okazało się to strzałem w dziesiątkę gdyż przez kolejną godzinę nie przestawało padać. Dopiero w okolicach granicy słowacko-węgierskiej przestało padać i wyszło słońce. Na granicy kontrola wjazdu na Węgry. Pogranicznicy sprawdzili dokumenty, dali mapkę dróg którymi można się poruszać w ramach tranzytu bez robienia testu na Covid-19. I kazali jechać dalej. Od Miskolca wskoczyłem na autostradę M3 i pognałem w stronę granicy rumuńskiej. Na granicy w Csengersima ruch nie był zbyt duży i po około 15 minutach powitała mnie rumuńska ziemia.

Po kolejnej godzinie dotarłem do Baia Mare. Nocleg spędziłem w Casa Baimareana – fajne miejsce na nocleg w trasie.


Trasa: https://goo.gl/maps/18Rj71ZYRZ7vbgmaA


Czwartek.

Zaletą podróżowania samemu jest kompletny brak uzależnienia od pozostałych kompanów podróży. O ósmej rano byłem już w trasie przygotowany na wrażenia. Drogą D18 udałem się do Syhotu Marmaroskiego. Wrażenia zaczynają się zaraz po wyjeździe z Baia Mare. Zakręcona niczym słoik na zimę droga przez kilkadziesiąt kilometrów predestynuje do bardziej sportowej jazdy i mocniejszego odkręcania manetki gazu.




Równy jak stolnica asfalt również zachęca do agresywnej jazdy. Jechałem tą drogą w zeszłym roku w marcu. Wtedy leżał tam śnieg i bardziej martwiłem się o to czy dojadę dalej niż tym w jakim tempie to zrobię. Jednocześnie podkręcany cały czas doznaniami z jazdy z tyłu głowy miałem to że jadę sam, więc mimowolnie nie jechałem na sto procent swoich możliwości. Od Syhotu Marmaroskiego (który nosi polskie ślady – pod koniec I wojny światowej w czerwcu 1918 roku w Marmarosz rozpoczął się proces 114 byłych legionistów polskich) droga D18 stała się dużo mniej zakręcona jednakże bardzo atrakcyjna widokowo.




Im dalej tym mniej wiosek, a więcej krajobrazów wyżynnych z lasami iglastymi i liściastymi. Co więcej – o ile dobrze pamiętam – na zdecydowanie większej części drogi położony był świeży asfalt więc przyjemność z jazdy była o wiele większa. Na zdjęciach z google maps często pokazana jest stara droga, która nijak się ma do obecnie panujących warunków.




Żeby jednak tak tej drogi do końca nie chwalić to około 30 kilometrowy odcinek w okolicach jeziora Bicaz jest totalnie remontowany. Totalnie to znaczy całościowo. Nie ma tak, że jeden pas jest względnie przejezdny a na drugim robiony jest remont. Na całej szerokości pasa brakuje asfaltu i można spodziewać się wszystkiego. Szutrów, kamieni, błota, wody. 200 meetrów względnie normalnej drogi i kolejne 200 metrów niespodzianek. I tak przez 30 kilometrów.

Wąwóz Bicaz warto jednak odwiedzić. Spotkałem się ze skrajnymi opiniami, ale sam uważam że warto. Może krótki ten odcinek jest, jednak same formacje skalne i poukładana w wąwozie droga jest bardzo przyjemna i… fotogeniczna.




Od Bicaz zacząłem poszukiwać aprtmanu na nocleg który finalnie udało mi się znaleźć w Odorheiu Secuiesc. Szybkie zakupy i kolacja na świeżym powietrzu z towarzyszem w postaci białego półwytrawnego rumuńskiego wina w ogrodach apartmanu stylizowanego na tradycyjną rumuńska chatę dopełniła genialności tego dnia…



Trasa: https://goo.gl/maps/wYAjV3byANzL9bzA8

Nocleg


Piątek.

Po raz kolejny poranna pobudka, szybkie śniadanie i wraz z pierwszymi promieniami słońca ruszyłem dalej. Do DN7C miałem jakieś 150 kilometrów więc dotarcie tam lokalnymi drogami zajęło mi około dwie godziny. Temperatura z samego rana oscylowała w okolicach 10 stopni więc za ciepło nie było. Do tego poranne mgły spowodowały że wskoczyłem w pełne ciuchy z wszystkimi membranami i podpinkami. Około 9 rano byłem u podnóży Transfogaraskiej. Poprzednimi razami jechałem tę trasę od strony południowej na północ i teraz – post factum – stwierdzam, że od drugiej strony jest lepiej.



Już po przejechaniu kilku kilometrów naszym oczom ukazuje się piękno tej drogi i majestatyczne widoki. Mgła zeszła całkowicie – tyko na samym szczycie kryły się chmury, które oświetlane przez promienie słońca tworzyły bajkową scenerię. Wydaje mi się, że jadąc samemu człowiek bardziej przeżywa takie doświadczenia, bardziej integruje się z naturą i pozwala głowie odpocząć. Podjazd pod same agrafki pnące się do góry był bezproblemowy. Później – niestety – zaczęło bardzo mocno wiać. Na postojach – których robiłem kilka – bałem się że wiatr przewróci motocykl. Na szczęście nic takiego się nie stało, a i mgła która wcześniej opinała ostatnie fragmenty drogi wzniosła się wyżej dzięki czemu całą trasę mogłem przejechać w świetnej widoczności.





Za długim na 800 metrów tunelem wiatr się trochę uspokoił. Widoki były również piękne, aczkolwiek nie tak jak z drugiej strony. Niewątpliwym atutem był bardzo mały ruch na całej trasie. Przez cały ten czas minąłem zaledwie kilka samochodów i żadnego motocykla. Czyżby za wcześnie na zdobywanie fogaraskiej? W ogóle do tej pory jakoś mało motocyklistów widziałem po drodze. Nie sądzę żeby koronawirus wszystkich przestraszył…





Rozmyślając nad tym podczas postoju, wcinając drugie śniadanie przygotowane naprędce wcześniej usłyszałem dźwięki silników motocyklowych. No! Wreszcie… Za chwilę minęło mnie trzech motocyklistów, i – o ile zdążyłem dobrze zauważyć – motocyklistów z Polski.

Po kilku minutach ruszyłem dalej. Przejechawszy kilka kilometrów zatrzymałem się na zaporze Vidraru gdzie postój również zrobili spotkani wcześniej motocykliści. Jak się okazało, napotkani bikerzy byli nie tylko z Polski, ale z Rzeszowa, a jeden z nich mieszka 200 metrów ode mnie… Mały świat… Okazało się że jadą teraz na DN67C więc ruszyłem z nimi. Okazało się również że wszyscy mają Cardo Packtalk, więc na kolejnym postoju w pół minuty sparowałem się z nimi i… skończył się samotny wyjazd.

Po zjeździe z Transfogaraskiej ruszyliśmy drogą DN73C, następnie DN67C w kierunku Transalpiny. Chłopaki poruszali się mniej więcej tempem jazdy do którego byłem przyzwyczajony więc jazda sama w sobie była całkiem przyjemna.

Transalpinę zrobiliśmy również na odwrót w porównaniu do dwóch wcześniejszych wyjazdów. Tu jakoś nie mam zdania w którą stronę lepiej jechać. Jedna i druga daje wiele frajdy z jazdy. Warto wspomnieć że północny jej odcinek tj od. Sebes do Obarsia Lotrului w miejscu gdzie rok temu był kilkunastokilometrowy odcinek fatalnej drogi - został wyremontowany, więc jazda każdym sprzętem daje dużo radości.



Najlepszy moim zdaniem odcinek Tranalpiny od Ranca do Obarsia Lotrului to nadal jedna z najlepszych, najbardziej dających frajdę z jazdy dróg motocyklowych w Europie, przynajmniej z tych po których jeździłem. Świetny asfalt, szeroki, długie i krótkie naprzemienne zakręty, bardzo dobra widoczność i surowe, niemal księżycowe krajobrazy to mieszanka obok której żaden motocyklista nie przejedzie obojętny. Wyprzedziłem moich nowo poznanych towarzyszy i w trochę szybszym tempie wjechałem na szczyt DN67C gdzie zrobiliśmy postój na gorącą herbatę. Gdyby tylko nie ten wiatr… Kolejne kilkadziesiąt kilometrów pokonaliśmy spokojniej. Przejechanie dwóch tras Trans jednego dnia wymaga sporo koncentracji więc zależało mi aby jej do końca dnia nie stracić.



Trasa: 512 km https://goo.gl/maps/rBk9mMRY4yzeWMwy8

Nocleg


Sobota i Niedziela.

Dzisiejszy dzień to już powolny powrót do domu. Z uwagi na brak – przynajmniej oficjalny – możliwości spania na Węgrzech celem zostało Satu Mare. Z drugiej strony – patrząc na prognozę pogody – dalej pewnie nie chciało by mi się jechać, gdyż od około godziny 13.00 miało zacząć lać i tak miało być aż do poranka następnego dnia. Głównymi drogami dojechaliśmy do Kluż-Napoka gdzie zrobiliśmy sobie postój na kawę i zakup jakiś pamiątek. Ostatnie sto kilometrów jechaliśmy w deszczu. Nic przyjemnego. Po dotarciu do hotelu recepcjonistka zapytała mnie czy ma wydać mi klucze do wszystkich dziesięciu pokoi…. Kurczę, ile ja ich zarezerwowałem? Okazało się że wzięła nas za pierwszych z innej grupy motocyklowej z Polski, która dzisiaj miała nocować w tym hotelu. Chwilę później zjawiła się tam grupa z motopodrozni.pl (Pozdrawiam Cię Maćku przy okazji!) która kończyła powoli swoją objazdową trasę po Rumunii… Wieczór był dzisiaj polski…

Niedziela to typowy dojazd do domu. Spróbowaliśmy wrócić najkrótsza drogą do Polski jednak jak się okazało małe przejście węgiersko-słowackie było zasypane ziemią i zablokowane betonowymi przepustami więc musieliśmy szukać kolejnych. Chwilę to trwało ale udało nam się przejechać wcześniej niż w Tornyosnementi więc i cała trasa do domu okazała się szybsza…

Dzięki nowo poznanym towarzyszom za drogę i… do następnego!


Trasa: 363 km https://goo.gl/maps/V86jxT5YE8FUVYTD8

Nocleg

77 wyświetlenia

©2020 by Ride Through Life. Proudly created with Wix.com