Północna Albania... i nie tylko...



Kolejny wyjazd na Bałkany… Drugi w tym roku, czwarty w ciągu dwóch lat… niewątpliwie spodobał mi się tamten kierunek. Plan oczywiście był zgoła odmienny ale jak już zdążyłem przekonać się od ponad dwóch lat, planowanie wyjazdu w Alpy końcem września mija się z celem. Jeden jedyny raz udało mi się pojechać tam we wrześniu – pewnie dlatego że był to pierwszy tak daleki wyjazd w ogóle, więc zgodnie z zasadą beginners luck – musiało się udać. Dzień przed wyjazdem szybkie telefony do dwóch towarzyszy podróży, krótkie streszczenie prognozy pogody na najbliższe kilka dni i jeszcze krótsza decyzja: Bramka numer 2! Alpy i Garda poczekają…

Dzień 1. Sobota Start 6 rano. Barty prewencyjnie dzień wcześniej dojechał do Rzeszowa, co by razem zaliczyć bezproblemowy start. Miro punktualnie o 6 rano zjawił się u mnie i ruszyliśmy razem na kolejną przygodę. Po około godzinie zameldowaliśmy się na przejściu w Barwinku, kolejną godzinę później na przejściu słowacko-węgierskim w Tornyosnemeti. Tym razem przejazd przez Słowację poszedł sprawniej… Prowadzący grupę dostał wolną rękę w zakresie nadawania tempa, a ewentualna pokuta miała pójść ze wspólnego wora… Nie mówię tu oczywiście o jakiejś przesadzie ale delikatnie żwawiej nie zaszkodziło… Dojazd do Miskolca również poszedł żwawo i zaczęła się… nuda… czyli węgierska autostrada M3. Nudno było ale fakt faktem – kilometry uciekały zdecydowanie szybko. Za Budapesztem na nawigacji pojawił się komunikat – jedź 270 km tą drogą… super… Przed granicą węgiersko – serbską traffic w nawigacji poinformował że kolejki na granicy wielkie są i będziemy musieli czekać ze dwie godziny… Nie chcąc narażać się na złość kierowców przy przeciskaniu się do bramek zjechaliśmy kilka kilometrów przed granicą i skierowaliśmy się na malutkie przejście które biegło równolegle do autostrady – strzał w dychę! Na granicy w tą stronę – nikogo, byliśmy pierwsi. W drugą stronę gorzej – korek na kilometr a tylko jedno stanowisko do odprawy… Tym przejściem wracać nie będziemy… Po przekroczeniu granicy kontynuowaliśmy nużącą jazdę autostradą. Minęliśmy Belgrad i skierowaliśmy się do miejscowości Ćaćak – gdyż stwierdziliśmy że na jeden dzień około 950 kilometrów wystarczy. Jakieś 30 kilometrów przed miejscem docelowym TomTom kazał zjechać z autostrady i prowadził nas bocznymi, krętymi drogami… wzdłuż autostrady. Pewnie jakiś nowy, niedawno oddany do użytku odcinek, którego jeszcze nie dodali do map…Gdyby taki odcinek był na samym początku… lub po godzinie jazdy, byłbym wniebowzięty. Jednak po prawie 10 godzinach jazdy razem z Bartym odczuwaliśmy lekki dyskomfort w pokonywaniu ciasnych agrafek. Mirkowi z kolei w ogóle to nie przeszkadzało i połykał je w dosyć szybkim tempie…Najgorsze – autostradowy dojazd – mieliśmy za sobą… Najlepsze przed nami… Nocleg - Garni Hotel Aveny Trasa

Dzień 2. Niedziela Niespiesznie zbieraliśmy się do wyjazdu. Wczorajsza dojazdówka jednak wszystkich trochę zmęczyła… a może to jednak wczorajsze trunki spożyte w mniejszej lub większej ilości do kolacji? Fakt faktem że zbieranie zeszło nam dosyć opornie i wyruszyliśmy z Ćaćak przed godziną 10.00. To tak nieźle znając możliwości moich kompanów. Ja jestem raczej ranny ptak ale oni to lubią pospać… Celem na dziś była Szkodra w Albanii. Niecałe 400 kilometrów do pokonania w tym po raz kolejny przejazd albańską SH 20. Po przejechaniu około 20 kilometrów i wjeździe na drogę E 761 okoliczności przyrody zaczęły stawać się zdecydowanie przyjemniejsze dla oka… i dla generalnego samopoczucia. Droga wiła się długimi zakrętami raz w lewo raz w prawo pomiędzy mniejszym lub większymi górkami co samo w sobie stanowiło już odpoczynek dla ducha, zwłaszcza po wczorajszej monotonii. Nie licząc może z 30 kilometrów, w tym przejazdu przez miejscowość Novi Pazar cała droga – łącznie z późniejszym odcinkiem drogi E 65 w Czarnogórze - była dość fajna i pozwoliła na trochę mocniejsze odkręcenie manetki. Około godziny 14.00 zameldowaliśmy się na granicy czarnogórsko-albańskiej w Vjeterniku. Spotkaliśmy tam Brytyjczyka na T7 samotnie przemierzającego od trzech tygodni Europę… Wspominał że już wraca do siebie, ale zejdzie mu jeszcze ze dwa tygodnie… Eh… gdyby mieć tyle wolnego czasu…


SH 20 - Punkt widokowy

W porównaniu z poprzednim roku początek SH 20 był… gorszy… Nie mówię tu o pierwszym niedokończonym kilometrze drogi, tylko o odcinku późniejszym. Zapadnięty asfalt, dużo piachu i kamieni. Na szczęście po około trzech, czterech kilometrach wszystko wróciło do normy – idealny, dość szeroki asfalt, zero piachu i kamieniu, wspaniała pogoda i… nikogo wokół… Tak, zdecydowanie warto tu być i przynajmniej raz w życiu się tą drogą przejechać i jej doświadczyć. Widokowo przepiękna, majestatyczne góry raz po jednej, raz po drugiej stronie, następnie jazda doliną pomiędzy szczytami by w kulminacyjnym punkcie wspiąć się na szczyt i zarazem punkt widokowy… Maestria…


Zasłużony odpoczynek

Przed dotarciem do punktu widokowego zatrzymaliśmy się w jednym miejscu na krótką przerwę. Mirek zaaferowany widokami nie zdążył do końca rozstawić podnóżka i… bęc… 2 Vstromy 1000 pięknie górowały nad leżącym GSem… Fotka by się pewnie nadawała do kalendarza… na forum dla GSów…

Naturalne środowisko dla GSa ;)

Na punkcie widokowym zdecydowanie większy ruch. 2 samochody i nasze 3 motocykle… Piękny czas ten wrzesień na jazdę w tę okolicę… Pogoda jak dotychczas też nas rozpieszczała. Zero deszczu i w trakcie jazdy od +15 do +25 stopni… fantastycznie… według prognoz ma padać – albo nawet ma ostro lać – dopiero w czwartek… Od punktu widokowego w stronę Szkodry zjazd jest dużo krótszy i widokowo gorszy więc nie zatrzymując się więcej ruszyliśmy w stronę hotelu. Zarezerwowaliśmy go w samym centrum miasta. Na kolację udaliśmy się do Peja Grill Bar – polecam! Bardzo dobre lokalne jedzenie i dobre wino… żyć nie umierać…



Nocleg - Rozafa Hotel

Trasa

Peja Grill Bar

Dzień 3. Poniedziałek Tego dnia wyruszyliśmy w dalszą podróż około 9.30. Niemożliwe! Jeszcze wcześniej niż wczoraj! Może dlatego że o godzinie 11.30 musieliśmy być w Koman? Według google 48 kilometrów miało nam zająć około 1h20min… Taaa jasne…. Ruszyliśmy więc żwawo w trasę i opuszczając Szkodrę kierowaliśmy się w kierunku gór. Po pierwszych 15 kilometrach droga odbiła na trasę Sh25 – biała na mapie. O ile pierwszej jej kilometry – poza słabą jakością asfaltu – były ok o tyle im dalej – tym gorzej. Resztki asfaltu, jakiś szuter, sporo piachu, małe i duże kamienie, dziury mniejsze i większe. Prędkość spadła do zawrotnych 15 – 20 kilometrów na godzinę a i tak poruszaliśmy się szybciej niż pojedyncze samochody które wyprzedziliśmy. Nie spodziewaliśmy się tutaj takich przygód więc te 20 kilometrów to była droga przez mękę… inaczej jest jak się psychicznie człowiek nastawi na coś takiego a inaczej jak z marszu wjedzie się w taki syf… Dlaczego obraliśmy tamten kierunek? Ano wyczytałem gdzieś że pomiędzy miejscowościami Koman i Fierze kursują promy na które można załadować motocykl. Jezioro Koman to sztuczny zbiornik na rzece Drin znajdujący się w północnej Albanii. Powstało pod koniec lat 80 XX wieku na skutek budowy elektrowni wodnej w pobliżu miejscowości Koman. Obecnie jest jedną z głównych atrakcji turystycznych tego regionu. Pod względem widoków i krajobrazów przez niektórych jest nawet porównywane do norweskich fiordów. Po akwenie pływają trzy promy z czego nas interesowały dwa – Berisha i Alpin. Pierwszy odpływa z Koman o 9.00 – więc dla nas za wcześnie, drugi – większy – o 12.00. Idealnie. Zanim znaleźliśmy się na nabrzeżu – wąskie jak diabli – musieliśmy przejechać kilkaset metrów w wydrążonym w skale tunelu. Fajne przeżycie – jakby się podróżowało w jakimś poniemieckim bunkrze w poszukiwaniu skarbów… nie wiem skąd to skojarzenie…


Rejs Koman - Fierze

Rejs Koman - Fierze Sam rejs – świetna sprawa i uważam że naprawdę warto. Widokowo – może rzeczywiście można porównywać do norweskich fiordów – ja nie mogę bo tam nie byłem… ale wszystkim nam trzem bardzo się podobało. Idealna sprawa na relaks po dwóch godzinach jazdy… a przed kolejnymi czterema… Po zjeździe z promu skierowaliśmy się na drogę SH 22 – drogę tysiąca zakrętów. I nie ma w tym ani krzty przesady. Jeździłem już różnymi krętymi trasami ale pod względem ilości zakrętów – ta chyba bije na głowę je wszystkie. Oczywiście nie mówimy tu o jakiejś bardzo szybkiej jeździe – ta jest niemożliwa z kilku przyczyn. Wąsko, kręto, niespodzianki na drodze (piach, kamienie, żwir, urwiska, przepaście….). Za to widokowo niesamowicie… Niemniej jednak po około dwóch godzinach takiej jazdy zrobiliśmy sobie przerwę na obiad w jakimś pensjonacie który gdzieś znienacka nam po drodze wyrósł… Dalsza jazda bez tej przerwy mogłaby być niebezpieczna gdyż błędnik dostawał kręćka…


Droga tysiąca zakrętów... Po przerwie ruszyliśmy dalej a zakrętom nadal nie było końca. I tak przez kolejne półtorej godziny! W podanej przez google maps trasie jest nieścisłość. Po zjeździe z SH5 nawigacja karze nam skręcić w prawo i jechać autostradą aby na najbliższym zjeździe zawrócić i znów autostradą dojechać do Kukes, co zajmuje dodatkowo 40 kilometrów. W rzeczywistości przy zjeździe z SH5 jest zrobiony łącznik którego na mapach w nawigacji nie ma i kieruje nas bezpośrednio do Kukes. Będac w Kukes przy planowaniu kolejnego dnia – cały plan trasy mieliśmy przygotowany jednak nie mieliśmy nic zarezerwowane więc zmiany były dopuszczalne a nawet wskazane – pojawił się inny pomysł. Gorghu przy messengerowej rozmowie zasugerował, aby udać się do Theth… w przyszłym roku ma wejść tam ciężki sprzęt i do samego Theth droga ma być wyasfaltowana, a tak póki co jeszcze w tym roku jest możliwość dojazdu do tej legendarnej miejscowości jedynie szutrową wysokogórską drogą…

Po chwili zastanowienia doszliśmy do wniosku że zmieniamy plany… Jedziemy do Theth! Jutro wyruszamy więc z powrotem do Szkodry, aby cały następny dzień przeznaczyć na tę drogę. Na początku mieliśmy pewne obawy… żaden z nas nie ma doświadczenia w jeździe poza czarnym i z pewnym respektem podchodziliśmy do wyznaczonego celu. Rozmowa w hotelowej restauracji z poznanymi Szwedami rozwiała wszelkie wątpliwości… - Theth? No jedziemy tam jutro… - powiedział 72 letni Szwed, który podróżował z synem i znajomymi na pożyczonych CB 500… Wymownie spojrzeliśmy na siebie i nabraliśmy zdecydowanej odwagi i pewności w swoich poczynaniach…


Nocleg - Hotel Gjallica Trasa - cz.1 Trasa - cz.2 Rezerwacja promu - Alpin Rezerwacja promu - Berisha

Dzień 4. Wtorek Z uwagi na zmianę planu dzisiejszy dzień miał być bardzo luźny. I taki w sumie w rzeczywistości był. Wyruszyliśmy około 10.00 z Kukes. Tym razem bez kombinowania wrzuciliśmy do nawigacji najszybszą drogę z powrotem do Szkodry. Jedynym celem było zaliczenie albańskiej Riwiery. Nawigacja poprowadziła nas najpierw autostradą A1 (E851) która… okazała się być rewelacyjna. Przede wszystkim od samego wyjazdu z Kukes wiła się niesamowicie (oczywiście jak na autostradę) i prowadziła wśród wyżyn i dolin… Przy prędkościach autostradowych można było się czasami fajnie poskładać co oczywiście przekładało się na co chwilowe wyrzuty adrenaliny co z kolei skutkowało coraz fajniejszym samopoczuciem. W takich warunkach dojechaliśmy praktycznie nad samą linię brzegową. Skręciliśmy na drogę E762 i w okolicach Shengjin dojechaliśmy nad samą plażę, gdzie spędziliśmy kilka godzin na zupełnym relaksie. Początek października… Niecałe 30 stopni… Pustki na plaży… Rewelacja… Naprawdę można odpocząć, a wody Adriatyku skutecznie potrafiły orzeźwić zagrzane drogą umysły…


Relaks... W Szkodrze ponownie zrobiliśmy rezerwację w samym centrum. Na popołudniowy obiad wybraliśmy się do restauracji Pasta te Zenga – jedna z droższych propozycji na kulinarnej mapie Szkodry, aczkolwiek jak na drogą albańską restaurację to cena była do zniesienia, natomiast jedzenie – było genialne. Spróbowaliśmy wiele pozycji z menu i każde było inne – ale świetnie zrobione. Do tego butelka wina i więcej nam nie trzeba było…

Nocleg - Hotel Colloseo & Spa Trasa Pasta te Zenga

Dzień 5. Środa. Pobudka o 8.30 rano. O 9.30 wsiedliśmy na motocykle i ruszyliśmy ku Theth. Ze Szkodry skierowaliśmy się na północ aby drogą E762 dojechać do SH21. Droga początkowo mało ciekawa. Jakościowo całkiem niezła, ale wąska z dużą ilością ślepych zakrętów i biegnąca przez wioski, gdzie wyjścia z domostw prowadziły wprost na samą jezdnię. Po kilkunastu kilometrach – gdzie wspinaliśmy się coraz wyżej i wyżej – zaczęło robić się bardziej ciekawie, zwłaszcza widokowo. Sama droga nadal była wąska i nie pozwalała na rozwijanie dużych prędkości, ale okoliczności przyrody rekompensowały wszystko inne. Po lewej i prawej stronie widoczne były coraz to wyższe góry z ostrymi szczytami i majestatycznie rozciągającymi się w dół halami…


V-Strom na wypasie...

Po kolejnych kilku kilometrach dojechaliśmy do zakrętu gdzie skończył się asfalt. Na szczęście było sucho więc ruszyliśmy dalej szutrem. Po przejechaniu około kilometra pojawiła się trocha gorsza nawierzchnia. Sporo luźnego szutru, więcej drobnych i większych kamieni, jakieś koleiny. Droga zrobiła się w niektórych miejscach bardzo wąska – tak na około 3 metry. Z lewej strony rozciągały się ściany na kilkadziesiąt metrów w górę, z prawej – niezabezpieczone przepaście na kilkadziesiąt metrów w dół. Super! Naprawdę super. O ile na początku jakoś tak z obawą podchodziłem do samej jazdy nie asfaltowymi odcinkami i takimi wąskimi drogami to teraz poczułem się naprawdę… spełniony… a przynajmniej w części…


Dalej nie pojedziemy... Niestety, ta chwila samozadowolenia jak szybko przyszła tak szybko się skończyła. Po kolejnym kilometrze droga rozszerzyła się do kilku metrów. Przed nami stał ciężki sprzęt budowlany. O ile te koparki i spychacze ominęliśmy jakoś bokiem, o tyle kolejna przeszkoda okazała się nie do pokonania. Na całej szerokości drogi stało jakieś monstrum, które kuło ścianę przed nami. Droga zawalona była kilkusetkilogramowymi blokami skalnymi na całej szerokości… Niemożliwe do przejechania… Poczekaliśmy chwilę i zasięgnęliśmy języka… - Spokojnie panowie, droga nieprzejezdna… - powiedział jakiś budowlaniec - No dzięki, to to widzę… - odpowiedziałem - Musicie chwile poczekać… - Chwilę? – zapytałem - No jakieś… 6 godzin… No po prostu petarda… 6 godzin… nie zdążymy za nic w świecie, poczekać sześciu godzin, kolejne dwie na dojazd, powrót znowu ze trzy… Na noc nie zostaniemy bo na jutro zapowiadają jakieś pogodowe tsunami i do piątku nie wyjedziemy… o ile nie zaleje tych dróg… A by to szlag trafił… większość planu zmieniona pod ten dzień i… dupa. No nic… po pierwszych kilkunastu minutach mocnego zdenerwowania trzeba było zastanowić się co robimy dalej. Wybór padł na Lovcen. Dwa razy próbowałem tam podjechać i za każdym razem coś się nie udawało… Za pierwszym razem przeszkodziła własna organizacja, a raczej jej brak i ominęliśmy ten punkt widokowy. Za drugim razem – wiosną tego roku – mgła i bałwany skutecznie uniemożliwiły podjazd. Zawróciliśmy więc motocykle i ruszyliśmy drogą powrotną… Mimo wszystko szkoda… Ciekawe czy w przyszłym roku już cała będzie wyasfaltowana… Może spróbuję ponownie...


Droga do Theth

Skierowaliśmy się ponownie na E762 i od północnej strony jeziora szkoderskiego przekroczyliśmy granicę z Czarnogórą. Następnie główną drogą. Następnie głównymi drogami M18 i M2.3 dotarlismy do Cetyni. Następnie dłuższą drogą P1 objechaliśmy park Lovcen – nota bene świetna do jazdy droga, szeroki, nowy asfalt i różnego rodzaju zakręty – i dotarliśmy do punktu widokowego na Lovcen. Jedynym mankamentem dotarcia do samego końca jest pokonanie… 460 schodów i zapłata 5Euro za wejście… W pełnym motocyklowym rynsztunku to wejście nie należy do przyjemnych ale za to widoki rekompensują trudy pokonywania schodów…


Widok na zatokę kotorską...

Po Lovcen kotorskimi serpentynami (P1) zjechaliśmy w dół i skierowaliśmy się ku Budvie. Tam zarezerwowaliśmy hotel na dwa dni. Wieczorem – z polecenia – udaliśmy się do – ponoć – motocyklowej knajpy. Restaurant Jadran kod Krsta. Nie polecam. Dużo ludzi, ok rozumiem… ale jakaś dziwna polityka… żeby napić się choćby piwa usłyszałem od kelnera: - Musisz usiąść żeby się napić… - Przecież nie ma miejsca, - Musisz siedzieć… I tym sposobem wszyscy którzy nie siedzą, koczują nad tymi którzy siedzą żeby zająć jakiekolwiek miejsce gdy tylko się coś zwolni… Po pół godzinie oczekiwania odpuściliśmy temat… Nocleg - Iberostar Budva Trasa

Dzień 7 i kolejne. Piątek, Sobota i Niedziela… Zgodnie z prognozami cały czwartek lało. Rozpogodziło się dopiero zupełnie wieczorem. Spędziliśmy więc dzień na odpoczynku. W piątek z samego rana ruszyliśmy dalej. Generalnie plan był taki że kierujemy się na północ. Bliżej domu.


Odpoczynek...

Jakoś odruchowo stwierdziłem żeby przejechać przez Durmitor i kanion Pivy. Ruszyliśmy więc drogą M2.3 a następnie E762 na północ. Wyjeżdżając z Budvy było około 22 stopni. Gdy skręciliśmy na drogę P5 temperatura w zastraszającym tempie zaczęła spadać… Kilka kilometrów przed Żabljakiem przy skręcie na P14 do Durmitoru spadła do 5 stopni, a do tego pojawiła się mgła, która ograniczała widoczność do około 200 metrów. Mimo to wjechaliśmy na P14 i kontynuowaliśmy podróż przez kilka kilometrów do momentu w którym temperatura wynosiła około 2 stopni a mgła nie pozwalała widzieć dalej niż przysłowiowy rzut beretem… Wrócilismy na P5 i pojechaliśmy do Żabljaka. W trakcie obiadu stwierdziliśmy że trzeba było zostać na wybrzeżu. Te dwadzieścia kilka stopni działało na wyobraźnię lepiej niż dwa… Niestety na to było już za późno… Jechaliśmy dalej na północ…. Serbia, Pożega, nocleg… Sobota to typowy dzień tranzytowy. Oczywiście na granicy serbsko – chorwackiej w Horgos – Roszke – istny cyrk. Najpierw przeciskaliśmy się do bramek po stornie serbskiej. Tu nie było problemów gdyż Serbowie odprawiali szybciutko, ale samochody nie mogły jechać gdyż po stronie węgierskiej Madziarom się nie spieszyło… Na szczęście wykorzystaliśmy wszelkie wolne luki i podjechaliśmy pod same szlabany węgierskie. Błyskawicznym ruchem ręcy celnik skinął na nas i odprawił nas trzech w ciągu jednej minuty… mimo to przejechanie tej granicy zajęło nam około godziny… sądzę że kierowcy samochodów stali tam spokojnie po kilka godzin… Dalsza część trasy to już zupełna monotonia. Autostrada, trochę deszczu, nocleg w Mezokovesd. W niedzielę wystartowaliśmy z samego rana i około południa zameldowaliśmy się w domu… Kolejny wyjazd za nami… Gdzie następnym razem? Nocleg - Hotel Pozega Trasa



86 wyświetlenia

©2020 by Ride Through Life. Proudly created with Wix.com