Magistrala Adriatycka - E65

Czwartek – Dzień 1.

Godzina 14.00. Załadowani po brzegi razem ze Speedem i Elą – moim plecaczkiem - czekamy u mnie na Barta. Miał wyruszyć o godzinie 12.30 z Krakowa i swoim super turystykiem – Suzuki GSX-R 600 – dotrzeć do Rzeszowa przed godziną 14.00 i razem mieliśmy wyruszyć ku przygodzie na południe. Cel – na pewno Chorwacja, magistrala adriatycka, Zadar, Split, Dubrownik, może Czarnogóra a konkretniej Zatoka Kotorska, – jeśli wystarczy czasu. Czasu, którego jak zwykle mało na wszystkie trasy, drogi i miejsca, które by się chciało zobaczyć. Nasz pierwszy przystanek zakładał nocleg w Miszkolcu na Węgrzech, a potem już nudną autostradą do Chorwacji. 

Pierwotny plan na dojazd był zgoła odmienny. Mieliśmy ruszać na zachód i przez Czechy Słowenię i Włochy dotrzeć do Chorwacji. Zahaczyć o Kranjską Górę – niedaleko Velikanki, czyli Letalnicy, czyli mamuciej słoweńskiej skoczni, przejechać przez Triest i później wskoczyć na magistralę adriatycką. Niestety plany mocno zmodyfikowała aura, która – jak na koniec kwietnia była znakomita. Kilka stopni powyżej zera – jakieś trzy czy cztery, ostre ulewy, mocne wiatry i to na całej trasie aż do Słowenii spowodowały zmianę trasy na tą przez Węgry. Pogoda – w teorii – zapowiadała się dużo lepsza. Miało być trochę cieplej, mniej deszczu, a już od Węgier zupełnie przyzwoicie – kilkanaście stopni i słońce z przelotnymi opadami.

14.30. Gdzie jest Bart? Mój znakomity, wyliczony co do minuty plan właśnie szlag trafił. Z każdą minutą narastało zdenerwowanie i zaczynała pojawiać się niepewność czy czasem coś się nie stało. Telefonu nie odbiera. Interkom ma, ale telefonu sparowanego już nie. 14.50. Zdenerwowanie przeradza się we frustrację. No szlag by to nie trafił… super początek. W końcu o godzinie 15.00 się pojawił. 

Chłopaki to był jakiś dramat - stwierdził Bart. Ulewa w Krakowie jak diabli. Chyba z osiem osób pukało mi w czoło widząc mnie na Gixie, ale jeden kciuk w górę też się pojawił - skomentował. Nie tracąc dalszego czasu wskoczyliśmy na osiołki – sprawdziliśmy interkomy i wyruszyliśmy w stronę Barwinka. 

Pierwsze kilometry spokojne, pogoda w miarę, temperatura 12 stopni. Z każdym jednak przejechanym kilometrem pogoda zaczęła się robić coraz gorsza. Na wyświetlaczu DLa z dokładnością do 10 minut temperatura spadała o jeden stopień by w okolicach Dukli wskazać 4 stopnie. Do tego mocny deszcz, wiatr i przenikliwe zimno. No super się zaczyna. Tego oczekiwaliśmy od moto-majówki. Brakowało tylko śniegu. Mimo to nie opuszczały nas dobre humory. 

Od Presova wskaźnik temperatury zaczął dawać nadzieję na lepsze - i przede wszystkim – cieplejsze chwile. Deszcz ustał i jakoś tak cieplej się zrobiło. Tylko te słowackie drogi…. 50 w mieście, 90 poza… szaleństwo. Po przekroczeniu granicy słowacko-węgierskiej odkręciliśmy manetki trochę mocniej. Warunki dużo lepsze, dużo cieplej – 15 stopni – a i załapaliśmy resztki zachodzącego słońca. Przed Miskolcem zaczęło jeszcze trochę kropić, ale po wcześniejszych doświadczeniach nie zrobiło to już na nas żadnego wrażenia. Zatrzymaliśmy się w obiekcie Tapolca Fogado i wypiliśmy zasłużonego zwycięskiego browara… albo dwa.


Dotarli do Miskolca!

Bilans: 299 km.

Nocleg: Tapolca Fogado



Piątek – Dzień 2 Poranne śniadanie, kawa, założenie ciut lżejszych moto ciuchów i ruszyliśmy w dalszą drogę. Jazda autostradą nudna, chociaż i tak lepsza niż u nas pomiędzy ekranami dźwiękochłonnymi. Ostra wymiana zdań pomiędzy nami na temat dziwnie jeżdżących niektórych kierowców uprzyjemniała nawijanie kilometrów. Pogoda – która z samego rana nie zapowiadała się rewelacyjne, trochę kropiło – zrobiła się super. Słoneczko, około 20 stopni – idealne warunki do jazdy na moto. No! To teraz już na pewno będzie z górki, najgorsze za nami. Speedy w pewnym momencie zagadnął do Barta. 

- Te, daj tego Gixa, odpoczniesz trochę na Stromie.

Zamiana motocykli obydwu riderom zrobiła bardzo dobrze. Bartowi odpoczęły trochę plecy, natomiast Speedy przeżywał drugą młodość ekscytując się możliwościami 120 konnej szlifierki. Tyle ochów i achów (kurtuazyjne określenie używanego przez niego słownictwa słyszanego w interkomach) już dawno nie słyszałem… 

Wspominałem coś o dobrej pogodzie? Nic bardziej mylnego. Jeszcze przed granicą węgiersko-chorwacką zaczęło się mocno chmurzyć a i temperatura odczuwalnie spadła. Na samej granicy zaczęło padać, a chwilę później zaczęło lać. Jeszcze chwilę później zaczęło naprawdę lać i zrobiło się naprawdę zimno – jakieś 7 stopni. No czegoś takiego to się mimo wszystko nie spodziewałem. Z prognoz co prawda wynikało, że mogą i znając szczęście napotkają nas deszcze ale na takie zimno się na ten dzień nie umawialiśmy. Chłopaki i plecaczek lecieli w pełnym rynsztunku przeciwdeszczowym, ja ubrałem – z uwagi na chłód – tylko kurtkę. Zobaczymy jak wytrzymają ciuchy – pomyślałem. 

Po około godzinie albo może więcej jazdy w sporym deszczu zatrzymaliśmy się na tankowanie. Spodnie z Modeki na Sympatexie – rewelacja. Z wierzchu mokre, w środku suchutko. Buty Dainese na Gore-Texie – no trochę lipa. Prawy puścił lekko i z przodu skarpeta mokra. Kondony towarzyszy podróży nietknięte.



Próba założenia opakowania na przemokniętego buta - nieudana ;-)


Deszcz na szczęście po jakiś 30 kolejnych minutach osłabł i naszym oczom ukazało się słońce oraz podwójna tęcza – to na pewno znak, że deszcze i zła pogoda za nami! Dotarliśmy do zaklepanej godzinę wcześniej miejscówki - Aparthotel Snjezna Kraljica – położonej na szczycie jakiejś góry, gdzie ostatnie kilka kilometrów dojazdu to czysta poezja. Asfaltowa, leśna droga, szeroka na 3 metry i nawijki 180 stopni co kilkadziesiąt metrów. Mokro, ślisko, ale fajnie. Założone na ten wyjazd przez mnie Pirelli Scorpion Trail II spisywały się rewelacyjnie. Zero niepewności na zakrętach, na mokrym, a i autostradowy przejazd w deszczu między 120-140 km/h nie stanowił żadnego problemu. Fajnie, w sumie o to chodziło.


Zwiastun dobrej pogody.


Autostradowo przejechaliśmy około 600 kilometrów. Niby niewiele, ale zmieniające się co chwilę warunki i związana z tym zmiana ubioru i w konsekwencji częste postoje zrobiły swoje. Zmęczeni, ale zadowoleni, ukojeni odpowiednim napitkiem zasnęliśmy w oczekiwaniu na nadchodzący dzień.

Bilans: 598 km.

Nocleg: Aparthotel Snjezna Kraljica


Dzień 3 – sobota

Magistralo, nadchodzimy! Tak mniej więcej wyrażało się nasze samopoczucie sobotniego ranka. Cel – autostradą do zjazdu Żuta Lokva. Trzydziestokilometrowy dojazd drogą numer 23 do Senj i później już wyczekiwaną E65 do Zadaru. W drogę! Sama dojazdówka do magistrali (droga 23) wywoływała przyjemne uczucia i windowała oczekiwania co do zakrętasów na magistrali na wyższy poziom. Po przejechaniu kilkunastu kilometrów naszym oczom ukazał się cudny widok – góry, błękitne morze w oddali i zakrętasy… dużo zakrętasów. Wspaniale. Po to tu dotarliśmy. 


Pierwszy kontakt z Jadranska Magistrala

Kilka następnych kilometrów po winklach pokonanych znacznie szybciej niż by się mogło wydawać i wylądowaliśmy na granicy miasteczka Senj zaraz nad samym brzegiem morza. Mijamy wielu innych motocyklistów, wszyscy nas pozdrawiają, machają… super. Zaraz, zaraz… pozdrawiają? Nie… coś pokazują. Chwilowy postój rozwiał wszelkie wątpliwości. Odcinek magistrali zamknięty z uwagi na bardzo mocny wiatr. Motyla noga! Naprawdę? Wiadomo mniej więcej na jak długo? – Zapytałem. Odpowiedź mądra jak i samo pytanie. – Jak przestanie wiać. - A dokąd zamknięte? A gdzieś do Zadaru.

Lekka konsternacja, przerwa, cygarek, rzut oka na Google Maps i szybka decyzja. Nie ma innej dobrej opcji jak wrócić do autostrady tymi zakrętasami którymi tu przyjechaliśmy i tą samą autostradą dojechać do celu dzisiejszej podróży. Nie tak to miało wyglądać, no ale cóż… nic nie poradzimy. Wiać musiało natomiast niemiłosiernie, gdyż przed samym Zadarem wyprzedzenie autobusu przy prędkości około 90 km/h i powrót na swój pas ruchu graniczyło z cudem. Coś co normalnie zajmuje trzy, góra cztery sekundy trwało kilkanaście gdyż podmuchy skutecznie uniemożliwiały dobrą kontrolę nad motocyklem.

Z uwagi na fakt, że – mimo wszystko – autostradą dotarliśmy znacznie szybciej, sporo czasu mieliśmy na zwiedzanie i zakosztowanie seafoodów. Główne atrakcje miasteczka zaliczone, kolacja spędzona w fajnej restauracji - Proto, butelka wina, albo dwie skonsumowane i od razu lepiej na duszy się zrobiło… 



Bilans: 360 km, 

Nocleg: Apartment Antunovic


Niedziela – Dzień 4

Wyjechaliśmy z miejscówki około 9.30 cały czas w głowie mając doświadczenia z dnia poprzedniego. Czy tym razem wreszcie uda się przejechać zaplanowaną trasę bez większych przygód? Taksówkarz odwożący nas wczorajszego wieczoru do apartamentu mówił, że odcinek od Senj do Zadaru bywa zamykany, natomiast już dalej to nie bo tam tak nie wieje. Wierzyć nie wierzyć - zaraz sprawdzimy sami. Przejechaliśmy pierwsze kilkadziesiąt kilometrów, pogoda super, ale zakrętów jak na lekarstwo. Niestety ten początkowy odcinek nie był zbyt atrakcyjny czy to widokowo, czy winklowo. Dopiero za Szybenikiem zaczęło robić się coraz ciekawej. Trochę górek, trochę zakrętów, coraz więcej ładnych widoczków. Zaczynaliśmy czuć bluesa. 



Przed Splitem zjechaliśmy na plażę na chwilkę odpoczynku. Że niby przypadkiem napatoczyła się jakaś restauracja to skorzystaliśmy obiadowo i widokowo. 



Za Splitem poczuliśmy heavy metal. Ruch niewielki, zakrętasy coraz lepsze, widoki niesamowite. Speedy prowadził i ładnie informował, co nas czeka za kolejną nawijką. Moja pasażerka – albo z wrażenia, albo ze strachu – nic nie mówiła i ładnie kładła się w zakrętach razem z maszyną. Tylko ze dwa razy usłyszałem w słuchawce cichutkie – zwolnij – a może to był głos zdrowego rozsądku? W każdym razie pozytywnie byłem zaskoczony jej reakcją na odrobinę szaleństwa w jeździe po winklach. Spodziewałem się, że będziemy zwalniać mocno pozostałą dwóję a tu nic takiego się nie wydarzyło. Super! Co jakiś czas zjeżdżaliśmy z głównej magistrali na boczne odcinki prowadzące w góry, dzięki czemu mogliśmy mieć wszystko, co dusza zapragnie. Zakrętasy, górskie drogie, nawrotki, słoneczko, piękne widoki.



Oczywiście w każdym kraju, zawsze musi trafić się mistrz kierownicy w puszcze z Polski i pokazywać wszystkim, kto rządzi. Tak było i tym razem. Passeratti w TDiku (dobra – oddam, że z tych nowszych) musiał pokazywać, że Polak potrafi i będzie pchał się wszędzie gdzie się da, i gdzie się nie da. Jechał oczywiście z zepsutymi kierunkowskazami, ale mógł przynajmniej ręką sygnalizować zamiar wyprzedzania, chociaż z drugiej strony wiadomo było kiedy będzie wyprzedzał – wszędzie. Po kilku kilometrach takiej jazdy Speedy nie wytrzymał i wyprzedzając człeka w niewybrednych słowach powiedział mu, co myśli o jego jeździe…

Negatywne emocje szybko opadły gdyż szkoda było tracić dobry humor wobec tak pięknych okoliczności natury. Kilometry szybko mijały a trasa jak była piękna to została do samego końca. Sielankę przerwało jedynie rozprężenie umysłowe Barta na granicy z Bośnią i Hercegowiną. Czekamy sobie spokojnie w kolejce – niezbyt zresztą długiej – do kontroli dokumentów, kiedy celnik przyjazną ręką skinął, aby przejechać pomiędzy samochodami i nie czekać w kolejce. Bart jedną ręką trzymał kask, drugą coś próbował manewrować kiedy nagle stracił równowagę zaczął niebezpiecznie zbliżać się do stojącego obok nowego Mercedesa. Oczami wyobraźni już widziałem ten trzask i zabawę z ubezpieczycielami, kto gdzie, kiedy i dlaczego a tak w ogóle to w jakim kraju czyli ogólnie rzecz biorąc niezbyt przyjemną końcówkę dnia. Chyba tylko siłą woli – jak Luke Skywalker w Gwiezdnych Wojnach - powstrzymał swojego Gixa od kontaktu z puszką. Kierownik z Mercedesa wyleciał jak oparzony ale szybko uspokoił się widząc że nic się nie stało. Pykłem go lekko ale gumą, nic się nie stało – skwitował Bart. 

Do Dubrownika dotarliśmy późnym popołudniem. Zakwaterowanie w apartamencie chwilę nam zajęło, próby zaparkowania na zatłoczonej wąskiej ulicy z nachyleniem chyba 9 stopni również. Wyjście z tobołami na drugie piętro plus ze dwa piętra podejścia w ogóle do drzwi również zrobiły swoje. Widok z tarasu apartamentu na mury i starówkę Dubrownika o zachodzie słońca zrekompensował wszystkie trudy. Dla takich chwil podróżowanie ma sens…



Podczas kolacji podjęliśmy męską decyzję. Nie jedziemy do Czarnogóry. Zatokę Kotorską zostawiamy na następną wyprawę, a nazajutrz zwiedzamy przez pół dnia Dubrownik. Później wracamy do Splitu. Butelka napitku utwierdziła nas w swoich przekonaniach, a dodatkowo wykrzesała na tyle sił, że poszliśmy na nocne zwiedzanie Dubrownika…



Bilans: 370 km.

Nocleg: Sea View Apartment


Poniedziałek – Dzień 5

Poranny standard ostatnich dni, z tym że zamiast od razu ruszać w dalsza trasę udaliśmy się na zwiedzanie kolejnych zakątków Dubrownika. 25 stopni, pełne słońce, murowane miasto – w moto ciuchach zrobiło się całkiem przyjemnie. Na szczęście zimne piwo za trzydzieści kilka zeta oraz espresso za podobną kwotę orzeźwiły nas na tyle aby dokończyć zwiedzanie i udać się w trasę powrotną – tym razem niedaleko, bo tylko do Splitu.

Droga powrotna po raz kolejny dostarczyła niesamowitych wrażeń. To samo co dzień wcześniej tylko bez szeryfa w Passeratti. Znowu zakrętasy, zawijasy, piękne widoki, wspaniała pogoda… Czy to się może kiedyś znudzić? Nie… Przejazd przez granicę tym razem dłuższy, ale bez dodatkowych atrakcji. 

Mimo wszystko dobrze, że na ten dzień zaplanowaliśmy krótszą trasę. Piąty dzień w siodle dał znać o sobie i tyłek już wszystkim przypominał, aby nie przesadzać.

Do Splitu dotarliśmy relatywnie wcześnie i po zakwaterowaniu się w apartamencie poszliśmy na kolację. Tym razem restaurację wybrała moja małżonka – i cześć i chwała jej za to.Villa Spiza – tak się nazywał przybytek do którego trafiliśmy, to mała restauracja położona w wąziutkiej uliczce. Mała, gdyż cała ma może ze 20m2 – razem z kuchnią. Miejsc siedzących – 14. Na ławeczce przed wejściem goście oczekują na zwolnienie się miejsc, a menadżer pilnuje kolejki. Butelka wina zamówiona w oczekiwaniu na miejsce (celowo używam tego słowa gdyż stolik jest tylko jeden ;) ) to żaden problem a zdecydowanie uprzyjemnia ten czas. 



Druga, spożyta do kolacji wprowadza zdecydowanie luźną atmosferę umożliwiającą nawiązywanie nowych kontaktów (pozdrawiam przy okazji parę turystów z Tasmanii). Jedzenie – rewelacja. Tuńczyk – miazga, jagnięcina – niebotyczna, krewetki – za którymi ogólnie nie przepadam – świetne. Ponad dwie godziny spędzone w tym miejscu to nie jest zmarnowany czas, a przy tym rachunek za kolację dla czterech osób z dwoma butelkami wina na kwotę 80E – nie zabija. Najedzeni i w dobrych humorach kontynuowaliśmy zwiedzanie Splitu, by w późnych godzinach wieczornych powrócić na swoją miejscówkę… W głowach kłębiła się myśl – Niestety, czas wracać…



Bilans: 232 km

Nocleg: Apartament Belina


Wtorek – Dzień 6

Dzień bez wrażeń. Każdy w humorze kiepskim bo powrót, wiadomo. Niby jeszcze jedna nocka w okolicach Budapesztu, ale to już niestety końcówka emocji i podróży. Cel – Szentedre koło Budapesztu. Zaliczony.

Bilans: 770 km.

Nocleg: Hotel Róz


Środa – Dzień 7

Jeżeli dzień szósty był dniem bez wrażeń, to dzień siódmy był zupełnie nijaki. Emocje i ciśnienie podniosła nam na chwilę nawałnica z gradem i niezłą burzą przed Miskolcem, którą na szczęście przeczekaliśmy na jednej ze stacji benzynowych. Mimo wszystko Węgry pożegnały nas ładną pogodą. Słowacja jak zwykle monotonna i nijaka a od Barwinka to już prawie jak w domu. Speedy uciekł w Miejscu Piastowym na Sanok. Bartek w Rzeszowie wskoczył jeszcze na A4 by strzelić do Krakowa, a ja i Ela psychicznie przygotowywaliśmy się na pracowity czwartek… choć za każdym razem, jeszcze przez kilka dni na samo wspomnienie Chorwacji pojawiał się delikatny uśmieszek… Na pewno tam wrócimy…


Bilans: 470 km. Łącznie: około 3120 km. Koszty: Wolę nie liczyć…



0 wyświetlenia

©2020 by Ride Through Life. Proudly created with Wix.com