Grossglockner Hochalpenstrasse i inne passo

Mój pierwszy raz…

Nie, nie o ten pierwszy chodzi. O ten na motocyklu też nie, to było już kilka lat temu… tyle, że już prawie zapomniałem kiedy. Będzie o tym pierwszym razie, kiedy na swoim motocyklu pojechałem trochę dalej niż wokół przysłowiowego „komina”. 

Grossglockner Hochalpenstrasse. Tak wiem, temat oklepany na wszystkie możliwe sposoby przez wszystkich miłośników dwóch kółek przewijający się przez każde motocyklowe forum. No ale skoro już od czegoś trzeba zacząć, to dlaczego nie od motocyklowej Mekki.

W Alpach byłem już kilkukrotnie. Pięknie tam. Ktoś, kto twierdzi, że polskie Tatry są najpiękniejsze – delikatnie mówiąc – myli się. Inna sprawa, że celem nigdy nie były góry same w sobie, ani piękne, kręte drogi, a przeważnie kurorty narciarskie. Podróż zawsze była środkiem do celu a nie celem samym w sobie. Podróż motocyklem…. Wiadomo… Inna bajka…

Razem z dwoma znajomymi – Speedym i Józkiem – opracowaliśmy znakomity plan działania. Cztery i pół dnia. 3100 kilometrów. Dwa i pół dnia dojazdu, dwa dni zabawy w Alpach. Austria – Grossglockner Hochalpenstrasse, Pass Thurn, i Włochy – Passo di Falzarego, Passo di Valparola, Passo di Giau, Passo di Campolongo, Passo Sella, Passo Pordoi. Od ilości passo może zakręcić się w głowie…


Niemy bohater wyprawy - Przy wjeździe na Grossglockner


Dzień 1 – 21 wrzesień

Około godziny 14 spotkaliśmy się wszyscy w ustalonym punkcie na Orlenie w Krasnem k. Rzeszowa. Speedy – DL650, Józek – Yamaha FZ 6 Fazer i ja – DL650 XT. Deele do drogi przygotowane na cacy. Przy postawnym Józku jego Fazer wygląda jak zabawka… do tego naked… damy radę… Niby tylko kilka dni ale objuczeni jak osiołki. Żaden z nas tak na dobrą sprawę nie miał doświadczenia w motocyklowej turystyce. Rozdziewiczeni wszyscy trzej za jednym zamachem. Cel – dotrzeć w okolice Olomunca i tam znaleźć jakiś nocleg. Pogoda – w miarę ok, ale zapowiada się na deszcz. Jak tylko wjechaliśmy w Rzeszowie na autostradę A4 zaczęło padać. Chłopaki długo się nie zastanawiając zatrzymali się przy pierwszym wiadukcie na poboczu i zaczęli ubierać przeciwdeszczówki. Zanim skończyli, deszcz przestał siąpić, więc jak szybko je założyli tak szybko je ściągnęli. Jak się później okazało modły o dobrą pogodę zostały wysłuchane – do końca wyjazdu nie spadała kropla deszczu. 

Autostradowa podróż jaka jest wiadomo. Nasza prędkość przelotowa to ok. 130 km/h. Pewnie pocisnęlibyśmy trochę szybciej ale po pierwsze mieliśmy ze sobą Józka na golasie, a po drugie spalanie powyżej 130 km/h też robi się mało fajne. Po pierwszych 100 nudnych kilometrach pierwsze myśli: „O ja nie mogę, daleko jeszcze???” Dobrze, że przynajmniej mieliśmy interkomy to czas i kilometry upływały mimo wszystko całkiem nieźle. Założony cel wypełniliśmy w 110%. Dotarliśmy pod Brno i zamelinowaliśmy się w bardzo przyjemnym lokum Mezi Stromy. Czeskie piwo i kiełbaski na gorąco to było to czego potrzebowaliśmy po prawie 500 kilometrach jazdy.


Dzień 2 – 22 wrzesień

Poranne śniadanie, kawa, prysznic, piwo… wróć… w Czechach 0,0 to nie poszalejemy. Resztki wolnego miejsca w kufrach dopełniamy czeskim złotym trunkiem kupionym gdzieś w hipermarkecie przed granicą z Austrią. Pogoda ładna, słońce świeci, więc humory dopisują. Póki co żadnych nieprzewidzianych przygód i wszystko idzie tak jak należy. Zgodnie z planem na ten dzień do zrobienia 515 km. Punkt docelowy, a zarazem wypadowy na następne dni to Zell am See. Niby do przejechania tyle samo co wczoraj ale jakoś się dłuży. Postoje trochę bardziej częste i dłuższe. Przerwy na papierosa i obiad z kufra… Nuda, ale świadomość, że jutro będziemy w motocyklowym raju dodaje energii i werwy do nawijania kolejnych kilometrów.

W Salzburgu zjeżdżamy z autostrady i postanawiamy końcówkę przejechać innymi drogami. Widoki zaczynają się robić coraz ładniejsze. Długa jazda z prędkościami około 130-140 km/h przełożyła się na chęć jazdy w podobnym tempie przez „powiatowe” drogi. Gęsto poustawiane fotoradary ostudziły nasze zapędy i zwolniły nasze tempo do przepisowych 90-100 km/h. Po godzinie podróży docieramy na miejsce – Zell am See. Ostatnie półtora kilometra to wspinaczka pod górę wąziutką drogą z kilkoma agrafkami… Coraz wyżej i wyżej… Hmm... Czy my aby na pewno dobrze jedziemy?

Dotarliśmy do celu. Widok zapierający dech w piersiach. Pierwsze kilka minut w pełnym motocyklowym rynsztunku zaopatrzeni w kupione wcześniej czeskie piwo podziwialiśmy widoki… Jeszcze tylko przesmarowanie łańcucha, odpięcie bocznych kufrów i relaks… byle nie za długi, rano trzeba wstać.


Widok z punktu wypadowego - Zell Am See


Dzień 3 – 23 Wrzesień

O 7 rano przebudziłem się zniecierpliwiony, nie mogąc doczekać się początku alpejskich dróg. Patrzę przez okno… widzę nic… Ile ja wczoraj tego piwa wypiłem? Zaraz, zaraz… to mgła… nie widać nic na 20 metrów. Super. 

Kilka dni wcześniej na oficjalnej stronie Grossglockner przeglądałem kamerki internetowe aby sprawdzić warunki pogodowe. Te nie napawały wtedy optymizmem. Na Edelweisspitze wieczna mgła i poranki w śniegu. Nie tak to sobie wyobrażałem, ale cóż…

O 9 rano wyruszyliśmy i w pięknej mgle zjechaliśmy do Zell am See na małe zakupy. Mgła zaczęła opadać, ale nadal było wilgotno i dość zimno. 15 kilometrów dalej wjechaliśmy do innego świata. Przed bramkami do wjazdu na Grossglockner mgła zeszła całkowicie, pojawiło się słoneczko, a termometr w Suzi wskazał 16 stopni. Zrobiło się fajnie. Na pierwsze kilkanaście kilometrów poświęciliśmy chyba godzinę. Droga piękna, widoki wspaniałe i te winkle… miód! Co chwilę przerwa na pamiątkową fotkę. Po kilkunastu kolejnych kilometrach motocyklowy orgazm. Sucho, przyczepnie, nadal kręto i pięknie. Relatywnie mały ruch. Raz na jakiś czas przejedzie Ferrari, Aston Martin czy inne Lamborghini. Koncerny samochodowe testują nowe rozwiązania techniczne w zakamuflowanych wozach. Co jakiś czas śmigną fantastycznie odrestaurowane oldtimery z równie old - driverami… Jak żyć… !?! 

W interkomach ilość użytego stwierdzenia „O ku***” na określenie zachwytu wzrasta wprost proporcjonalnie do ilości przejechanych kilometrów. Niesamowite. Po przejechaniu kolejnych wspaniałych agrafek docieramy na Edelweisspitze. Punkt widokowy robi wrażenie. Widok z góry na przejechaną trasę również… Sielankę przerywa Józek - Mam mało paliwa – stwierdza. Luzuj… gdzieś zatankujemy… chyba…


Widok z Edelweisspitze...


Z pierwszego punktu widokowego kierujemy się na kolejny - Kaiser-Franz-Josefs-Höhe. Agrafek mniej, natomiast pojawiło się wiele szybkich łuków przechodzących jeden w drugi… Tak, to był czas kiedy obudziły się demony…. Lewo, prawo, lewo, prawo, dohamowanie, redukcja, dwójka i strzał… prędkościomierz wskazuje wartości których nie powinien. W głowie pojawia się lampka ostrzegawcza – nie przesadź! Z drugiej strony wydzielane w tym momencie przez organizm endorfiny górują nad zdrowym rozsądkiem… Ekscytacja. Po kilku minutach takiej jazdy zatrzymujemy się i porozumiewawczo kiwamy głowami: Ja chcę jeszcze raz! Józek dojeżdża po jakimś czasie i stwierdza – Naprawdę mam mało paliwa. Luzuj… zatankujemy… Józek zaczekał na mnie i Speeda - nie odpuściliśmy i kilka kilometrów wzięliśmy na powtórkę.

Po kolejnych kilkudziesięciu kilometrach Józek w euforii. Stacja benzynowa. Tankowanie, szybka przekąska i jedziemy dalej. Grossglockner zakończyliśmy około 14.00. Przejechanie tych kilkudziesięciu kilometrów zajęło nam cztery godziny. Czy nie wyznaczyliśmy sobie zbyt ambitnego planu? Zobaczymy… 


Pozostała część trasy również była bardzo ciekawa, aczkolwiek po wrażeniach z Grossa trudno było się wznieść na tak wysoki pułap samozadowolenia. Jechaliśmy dalej aż dotarliśmy do kolejnych bramek. Pewnie następna przełęcz - zaświtało mi w głowie. 10E per osoba uiszczono i wjechaliśmy w tunel. Jak się okazało zapłaciliśmy za przejechanie nie kolejnej przełęczy a za prawie sześciokilometrowy przejazd tunelem Felbertauern pass. W okolicach Kitzbuhel, zjechaliśmy w wąskie, a czasem baaardzo wąskie dróżki. Google pokazywał bardzo fajną trasę z punktem szczytowym przy jakimś wyciągu narciarskim. Po kilku kilometrach okazało się, że jednak nie. Szlaban postawiony w poprzek drogi skutecznie uniemożliwił kontynuację podróży i wróciliśmy do trasy pierwotnej.

Ten dzień zakończyliśmy około 20.30. Zmęczeni, ale naładowani bardzo pozytywnymi emocjami już oczekiwaliśmy następnego dnia. 


Dzień 4 i 5 – 24 / 25 Wrzesień

Poranek rozpoczął się bardzo podobnie jak dnia poprzedniego. Śniadanie, prysznic, mgła… dzień świstaka. Plan dzisiejszego dnia zakładał ponowny przejazd przez Grossglockner. Następnie szybki przelot do Cortina d`Ampezzo i pokonanie ósemki Sella. Cel – jak dla nas – mocno ambitny. 460 kilometrów po górach. Damy radę.

Grossglockner mieliśmy tym razem przejechać w miarę szybko i płynnie. Nie udało się. Znów omotał nas duch tej trasy i spędziliśmy sporo czasu na robieniu zdjęć, kręceniu filmów i ogólnym samozadowoleniu. Wiedząc jednak że przed nami sporo jeszcze do przejechania i do zobaczenia dosyć sprawnie przemieściliśmy się do Włoch. Dojazd do Cortina d`Ampezzo – bajka. Sam asfalt gorszy niż w Austrii, ale piękne widoki, zakręty, droga biegnąca nad urwiskami, i skalnymi balkonami rekompensowała wszystko inne.

Udaliśmy się w kierunku Passo di Falzarego. Po raz kolejny jechaliśmy ze szczękami opadniętymi do połowy, a głowa kręciła się to w lewo to w prawo i podziwiała majestatyczne widoki na Dolomity. Ilość agrafek i winkli w tych rejonach powala… Trudno mi nawet stwierdzić ile ich było… Sto ? Dwieście ? Może… Znowu byliśmy w motocyklowym raju.


Dolomity...


Łyżkę dziegdziu do tej beczki miodu wlał… mój własny DL. Po którejś przerwie podszedłem do motocykla, odpaliłem jak zwykle. Świecą awaryjne. Co jest? Przecież je wyłączyłem. No faktycznie są wyłączone, a świecą… Po włączeniu – świecą światłem ciągłym… No to nie mam kierunków, wspaniale. Jako że z nas tacy mechanicy jak z koziej dupy trąba to wsiedliśmy i pojechaliśmy dalej. Zaplanowaną trasę przejechaliśmy praktycznie całą. Wróciliśmy około 21.30. Wyciągnęliśmy bezpiecznik odpowiedzialny za ciągłe świecenie kierunków i poszliśmy spać. 


Dolomity cd...


Nazajutrz z samego rana wyruszyliśmy w drogę powrotną. Standardowo poranna mgła, ale później piękna słoneczna pogoda. 1050 km przed nami i ciągłe zastanawianie się czy damy radę przejechać taki kawał drogi czy jednak organizm powie dość. Nie było jednak tak źle. Poza jedną dość niebezpieczną sytuacją, kiedy to na autostradzie w Czechach jakiś cap (tak się złożyło że na polskiej rejestracji...) zajechał Speedowi drogę zmuszając go do naprawdę awaryjnego hamowania, nie działo się nic ciekawego i wieczorem dotarliśmy do celu. Deelek do mnie nadal ochoczo mrugał, jakby jeszcze nie miał dość, więc wyciągnąłem bezpiecznik i powiedziałem mu dobranoc. Zadzwoniłem do Speeda czy dotarł do domu. Spokojnie – Odpowiedział. Zapytałem, kiedy tam wracamy. Choćby jutro – Odparł….

PS. We wtorek rano umówiłem się w ASO na sprawdzenie co z tymi światłami. Po wpięciu bezpiecznika… wszystko wróciło do normy. Pojechałem tak czy inaczej i zostawiłem motocykl do końca tygodnia. Po odbiorze stwierdzono że wszystko jest w porządku a prawdopodobną przyczyną wariacji mógł być alarm…


22 wyświetlenia

©2020 by Ride Through Life. Proudly created with Wix.com