Alpejski Rollercoaster

Dzień 1. Sobota rano.

Odprawiłem 14 letniego syna na obóz. Zaczęło padać. No nie… akurat teraz? Zaraz mam ruszać w tranzyt na zachód, w Alpy. Tym razem postanowiłem pojechać sam. Miałem ułożony plan trasy na każdy dzień ale wiedziałem że w Alpach rozkład dnia warunkuje pogoda. Dlatego z góry założyłem że plan jest tylko poglądowy (więc po co tracić czas na jego przygotowanie ? 😉 ), natomiast chciałbym przede wszystkim przejechać kilka przełęczy na których jeszcze nie byłem. Passo dello Stelvio, Passo di Gavia, Timmelsjoch, Mangartska cesta... te chciałem zobaczyć i przejechać.

Nie zważając zbytnio na pogodę o godzinie 9.00 ruszyłem na A4. Podróż pierwszego dnia to jak zwykle autostrada i nic ciekawego. Monotonia… Nie ma się do kogo odezwać… W interkomie cisza… Włączę muzykę… Dobra, trochę lepiej. Dużo już przejechałem? Rany, dopiero 70 kilometrów?

Tak zazwyczaj wyglądają pierwsze autostradowe kilometry, niezależnie od tego czy jadę sam czy w grupie. Do tej monotonnej drogi po prostu muszę się przyzwyczaić, co zazwyczaj dzieje się w okolicach Krakowa. 2 x bramki, Katowice, węzeł Sośnica – Gliwice i zjazd na Czechy. Ostrava, Olomuniec, Brno, kilka kilometrów bez autostrady, Mikulov. Winieta na Austrię 5,50E i dalej na Wiedeń gdzie przejazd to zabawa w korkach i zabawa w unikanie fotoradarów, Graz. Piszę to z pamięci gdyż tyle razy przejechałem te odcinki że poszczególne obrazki i zjazdy migają mi jak zdjęcia w galerii w telefonie.

Podróż autostradową zakończyłem w Klagenfurcie co dało przejechane pierwszego dnia 970 kilometrów. Znalazłem jakiś hotel w dzielnicy - jak się później okazało – totalnie nie austriackiej, co spowodowało moje obawy do tego czy rano będzie mi dane kontynuować podróż…





Dzień 2. Niedziela.

7 rano. Obawy z poprzedniego dnia okazały się płonne (eh, te stereotypy). Z samego rana wyruszyłem dalej. Szybki przejazd obok Villach, granica z Włochami w Tarvisio i kilka minut później granica ze Słowenią w Predil. Kilka kilometrów dalej i już byłem przy szlabanie przy wjeździe na Mangart. Wąsko, cicho i pusto. Tak w pierwszych słowach mógłbym określić pierwsze kilometry podjazdu. Po kolejnych mógłbym dodać jeszcze jedno – pięknie.



Za każdym razem kiedy zaczynam podróż i pokonuję kilometr za kilometrem na autostradach zadaję sobie pytanie: Po co? Nie łatwiej i wygodniej samochodem? Nie lepiej gdzieś bliżej i taniej? No nie… Odpowiedź na te same pytania zadawane poprzedniego dnia przyszła już dnia obecnego. Szybciej niż mogłem się spodziewać.

Olbrzymie przestrzenie, majestatyczne, ostre szczyty gdzieś w oddali, hale, łąki górskie, na których rosną trawy, kwitną zioła i… nikogo dookoła. W wolnym tempie posuwałem się naprzód i w górę rozkoszując się tymi widokami sam. Nikt nie gadał, nikt nie zawracał gitary i na nikogo nie trzeba było zwracać uwagi. Ja, motocykl i natura.

Po kolejnych przejechanych kilkunastu kilometrach dotarłem do szlabanu, którego pilnował ktoś z obsługi.

- Dalej droga zamknięta, nieprzejezdna – powiedział po angielsku – Ale na motocyklu możesz przejechać.

Super, już myślałem że dotarcie do pierwszego z celów okaże się niemożliwe z przyczyn niezależnych ode mnie. W międzyczasie pod szlaban dotarł inny motocyklista na Vstromie 1000. Już miał zawracać kiedy machnąłem mu ręką że możemy jechać obok szlabanu.

- Uważajcie tylko na spadające kamienie z góry – krzyknął gość obsługujący szlaban

No, tak. Na pewno zwrócę uwagę na kamień który mi spadnie na łeb. Za szlabanem droga okazała się trudniejsza. Pokryta jakąś mazią i gałęziami. Zrobiło się ślisko. Przez zakręty przedzierały się śnieżne języki. Nieduże, ale mimo wszystko działające na psychikę. Byłem w końcu na sporej wysokości, w górach i jechałem po śniegu. No tego bym się nie spodziewał.



Po dojechaniu na szczyt ukazał się fantastyczny widok na krajobraz Słowenii, Austrii i Włoch. Razem z drugim Vstromowcem – który okazał się być francuzem wracającym po kilkudniowej eskapadzie do domu – porozmawialiśmy chwilę, porobiliśmy zdjęcia i pojechaliśmy dalej.

Z powrotem w dół. Podczas powrotu z Mangartu kilkukrotnie się jeszcze zatrzymywałem. Widoki naprawdę były fantastyczne i głupotą byłoby ot tak, po prostu szybko stamtąd wracać.

Powolna droga na Mangart i z powrotem oraz postoje zajęły mi około trzech godzin. Ten czas spokojnie wystarcza na spokojny przejazd i rozkoszowanie się widokami. Jak komuś się spieszy można to zrobić dużo szybciej.



Po zjeździe z Mangartu skierowałem się w stronę Tarvisio i następnie w lewo w kierunku przełęczy Passo Pramolo (19) (wolę używać włoskich nazw przełęczy niż austriackich – brzmią jakoś tak przyjemniej 😊). Ta przełęcz z najwyższym punktem 1532 metry nie wyróżniała się niczym szczególnym. Ot może tylko tym że miło było wrócić wspomnieniami z wyjazdu narciarskiego sprzed kilku lat, kiedy wraz z rodziną byliśmy w tym miejscu. Może jeszcze tym że przełęcz ta została zawarta w „100 Alpejskich przełęczach na motocyklu” autorstwa Heinza Studta a przejechanie ich wszystkich jest takim moim małym celem na motocyklowych wyjazdach (w nawiasach będę zaznaczał numery przełęczy z książek).

Po zjeździe z przełęczy w miejscowości Tropolach miałem skierować się na Passo di Monte Croce (20) i ponownie przejechać na włoską stronę Alp i finalnie udać się do Ravascletto skąd następnego dnia z samego rana miałem wyruszyć na Panoramica delle Vette (17n) – przełęcz którą chcę przejechać od kilku lat i jakoś zawsze coś wypadało.

Nie inaczej było tym razem. Po wyjeździe z Tropolach w oddali po lewej stronie - w miejscu do którego miałem jechać – pojawił się front burzowy. Po dłuższej analizie front burzowy przechodził w deszczowy i nie zapowiadał dobrej pogody w tym rejonie na najbliższy czas. W tym momencie moje wszystkie przygotowane plany na każdy dzień poszły w zapomnienie. Po raz kolejny utwierdziłem się w przekonaniu że wybierając się w Alpy lepiej po prostu obrać kierunek, a później w zależności od aktualnej sytuacji pogodowej adaptować się do warunków i jeździć tam gdzie nie pada. Bo z drugiej strony tutaj, gdziebyś nie pojechał – znajdziesz jakąś przełęcz.



Udałem się w kierunku Lienz a stamtąd w Dolomity. Po drodze początkowo złapał mnie częściowo front który straszył na południu, ale po około pół godziny przestało padać, a ładna pogoda utrzymywała się do końca dnia. Wybór był więc trafny. W Dolomitach przejechałem Passo di Gardena (42) Passo Sella (47) i Passo Campolongo (46), będące częścią tzw. ósemki Sella. W te miejsca powinien trafić każdy szanujący się motocyklista który wybiera się w Alpy. Piękno przyrody, strzeliste szczyty Dolomitów, fantastyczne trasy z niezliczoną ilością zakrętów, nawrotów, łagodnych szybkich łuków i ostrych wiraży, mnóstwo motocyklistów z włoskimi ducatisti na czele… Zjazd z Passo Sella w kierunku Canazei to dla mnie kwintesencja jazdy i motocyklowego życia – wszystkie uczucia których można doznać podczas jazdy na motocyklu emanują z Ciebie podczas tych ostatnich kilometrów. Wszystkie poprzednie kilometry w Dolomitach przygotowują Cię na tę zabawę, a kiedy myślisz że już koniec - zaczyna się prawdziwy alpejski rollercoaster … Oh! Bella Italia!



Tak. Tam naprawdę można się poczuć jak w motocyklowym niebie. Ci co wolą trochę wolniejsze tempo znajdą fantastyczne widoki i spokój ducha. Ci co lubią trochę więcej adrenaliny – na pewno się nie zawiodą.

Tego dnia tak mocno wjeździłem się w te przełęcze że z rozpędu przejechałem jeszcze Passo della Mendola (63) aby finalnie odpocząć w aparthotelu Casez w miejscowości o tej samej nazwie niedaleko jeziora Lago di Santa Giustina. Prawie 500 kilometrów po górach. Zasłużyłem na duże piwo.




Trasa


Dzień 3. Poniedziałek.

Podróżowanie samemu ma tę niezaprzeczalną zaletę że od nikogo nie jesteś uzależniony. Wstajesz i jedziesz o której chcesz. W moim akurat przypadku ma to znaczenie gdyż jestem rannym ptaszkiem i pobudka o piątej czy szóstej rano to dzień powszedni. W sumie generalna zasada jest taka że gdy mam wolne to wstaje wcześniej…

Nie inaczej było tym razem. O 7 rano w siodle byłem gotowy do jazdy. Krętymi drogami SP 74 – północną stroną jeziora Lago di Santa Giustina, a następnie SS 42 dotarłem do Passo del Tonale (56) z najwyższym punktem na wysokości 1883 m. Ta bardzo łatwa przełęcz charakteryzuje się zazwyczaj dużym ruchem i stanowi węzeł pomiędzy miejscowościami Sondrio i Trento. Jednak dzisiaj, o wczesnej godzinie porannej nie było problemów z szybkim jej pokonaniem.



W miejscowości Ponte di Legno skręciłem na drogę SP 29 prowadzącą do przełęczy di Gavia (57), długą na 45 kilometrów drogę łączącą się z Bormio na północy. Ruch zamarł całkowicie. Droga zrobiła się bardzo wąska i biegła przez las. Ciasne nawroty i strome podjazdy przypomniały mi że będę miał do czynienia z wysokogórską ścieżką. Do tego zaniedbaną, bardzo wąską, bez zabezpieczeń, z dziurawym asfaltem, a czasem z jego brakiem… ale cholernie piękną. Tak, Passo di Gavia jest niezwykła. Ma w sobie coś magicznego, przyciągającego do siebie jak magnes. Będąc tam chłoniesz te wszystkie widoki niczym gąbka. Zapominając o tym że w niektórych miejscach droga ma może ze 3 metry szerokości, albo może i mniej, na niektórych zakrętach brak jest jakichkolwiek barierek – nawet tych imitujących minimalne bezpieczeństwo – a od spojrzenia w dół może ci się zakręcić w głowie.



Wrażenia te oczywiście potęguje uczucie samotności. Brak turystów, samochodów, innych motocyklistów powoduje że odczuwasz to wszystko wielokrotnie bardziej i mocniej. Podczas przejazdu przez cała tę przełęcz minąłem może z 10 osób. Przed tunelem można odbić delikatnie w lewo i przejechać starą drogą – jednak jest ona w tak fatalnym stanie że powiem szczerze – jadąc sam nie chciałem niepotrzebnie ryzykować. Zostawię sobie tę przyjemność na następny raz, kiedy może pojadę z kimś. Szczyt przełęczy znajduje się na wysokości 2618 metrów. W schronisku tam zlokalizowanym można obejrzeć zdjęcia dokumentujące wyścig kolarski Giro d`Italia – również biegnący przez tę przełęcz.



Jeśli oczekujesz od tej drogi wrażeń stricte motocyklowych – szybkich zakrętów, łuków, agresywnej jazdy – zawiedziesz się. Tutaj liczy się przede wszystkim ostrożność i lekkie operowanie manetką gazu. Natomiast widoki i uczucie kontaktu z alpejską naturą są na najwyższym poziomie. Chyba nigdzie indziej do tej pory w ten sposób tego nie odczułem…




W Bormio przed skierowaniem się do motocyklowej mekki – Passo dello Stelvio – odbiłem do Livigno – przez Passo del Foscagno (61). Dlaczego Livigno? Przede wszystkim chciałem zrobić selfiaka z miejsca do którego zawsze się wybieramy gdy jesteśmy na nartach i wrzucić go na narciarską grupę – pozdrawiam przy okazji świrów z grupy 😊. Na marginesie mogę wspomnieć że Livigno to strefa wolnocłowa wobec czego uzupełniłem zapasy elektrolitów i beznyny (za litr tutaj 1E – w innych regionach około 1,6E) i ruszyłem w drogę powrotną. Kontrola celna trwała jakieś piętnaście sekund. Wróciłem z powrotem przez Passo di Foscagno do Bormio i ruszyłem na Passo dello Stelvio (59). Przełęcz o której napisano już chyba wszystko przez wszystkich.



Królowa alpejskich przełęczy, bo tak ją ochrzczono stworzona została w latach 1820-1825, na rozkaz panującego ówcześnie cesarza austriackiego Franciszka II Habsburga, przez włoskiego inżyniera Carla Doneganiego. Jest to 50-kilometrowy odcinek drogi łączący Bormio i Prato. To 82 zakręty – wiraże – czyli mające co najmniej 180 stopni, lub 63 wiraże odbijając na stronę szwajcarską przez Umbrailpass do St. Maria. Jest to również druga najwyższa wyasfaltowana alpejska przełęcz – 2758 metrów wysokości.



Podjazd od miejscowości Bormio jest łagodniejszy co nie znaczy że jest łatwy. Dużo zakrętów i ciasnych nawrotów, asfalt całkiem dobry. W wyższych partiach pojawiają się coraz ładniejsze krajobrazy i coraz ciaśniejsze nawroty. Naprawdę ładnie zaczyna się robić w okolicach punktu widokowego Spondalunga. Widok na ciasne agrafki z jednej strony i na wodospad z drugiej. Po kilku kolejnych wirażach robi się łagodniej i można pojechać trochę agresywniej. Całkiem dobry asfalt, dobra widoczność i widok na kilka zakrętów do przodu pozwala na mocniejsze odkręcenie manetki gazu co powoduje wyrzut endorfin do organizmu. Dojeżdżam do skrzyżowania. Na lewo skręt na Umbrailpass – dojazd do Stelvio od szwajcarskiej strony. Tam pojadę za chwilę. Na razie cisnę dalej na szczyt.



Kilka kolejnych zakrętów pokonanych w naprawdę szybkim tempie i jestem na górze. Magia znika. Tłum. Dziki tłum. Rowerzyści, motocykliści, samochodziarze, autokary. Stragany, bary, przekupki… jak na festynie. Ludzie przechodzą przez drogę kompletnie nie zwracając uwagi na to co się wokół nich dzieje. Co z tego że widok na niekończące się serpentyny jest niesamowity skoro jego spokojne podziwianie jest praktycznie niemożliwe. Znalezienie wolnego miejsca graniczyło z cudem. Przeciskanie się pomiędzy tymi wszystkimi ludźmi do przyjemnych też nie należało. Nie chcę nawet wiedzieć co tu się dzieje w weekend.



Posiedziałem kilka minut i wróciłem do skrzyżowania z Umbrailpass (65). Udałem się tą szwajcarską przełęczą do Santa Maria. To był strzał w dziesiątkę. O ile na Stelvio ruch był przeogromny o tyle po szwajcarskiej stronie nie było nikogo. Część drogi była w remoncie więc trzeba było uważać na luźną nawierzchnię leżącą na drodze, ale poza tym jakość drogi była niezła. Ostre nawroty cechowały duże nachylenia, więc zjazd tą przełęczą do łatwych też nie należał. W samym miasteczku kompletnie nic się nie działo, więc po krótkiej przerwie ruszyłem z powrotem na górę.



Tam od mojej wizyty godzinę temu nie zmieniło się kompletnie nic – ruch był jeszcze większy więc stwierdziłem, że nic tu po mnie. Ruszyłem w dół ciasnymi nawrotkami. Wymijanie się na tych zjazdach z samochodami lub co gorzej – z autokarami – jadącymi na górę, do przyjemnych nie należały. Przyjemność z jazdy ustąpiła sztywnemu wyrachowaniu, aby bezpiecznie zjechać do celu. Dopiero trochę niżej gdzie agrafki zaczęły przechodzić w dłuższe zakręty i zrobiło się trochę szerzej – wrócił fun.

Reasumując. Gavia mnie zachwyciła i zauroczyła. Stelvio… rozczarowało? No nie. Droga jest naprawdę ciekawa, widoki wspaniałe, trudna technicznie. Tylko całą frajdę psuje ten tłum. Może zupełnie z samego rana, albo wieczorem trzeba spróbować do niej podejść. Może następnym razem…



Po zjeździe z przełęczy miałem skierować się jeszcze na Timmelsjoch, ale było już dość późno. Dzisiejsza pogoda była rewelacyjna do jazdy. Słonecznie, bezwietrznie. Dość ciepło. Niestety jutro w całej okolicy zapowiadano deszcz. Skierowałem się więc z powrotem w Dolomity. Przejechałem jeszcze raz Passo Costalunga i zameldowałem się w Avisio Park Hotel gdzie miałem spędzić dwa dni. Dzisiejsze 400 kilometrów po górkach i chyba ze 200 przejechanych wiraży dało się we znaki. Zła prognoza na dzień jutrzejszy pomogła w podjęciu decyzji. Jutro dzień wolny od motocykla.


Trasa


Dzień 5 i 6. Środa i czwartek.

Zapowiadane na dzień wczorajszy opady nie sprawdziły się do końca. Owszem było pochmurnie i wilgotno ale padać zaczęło dopiero koło godziny 15 więc na dobrą sprawę mogłem trochę pojeździć. Zamiast tego zrobiłem sobie długi na kilkanaście kilometrów spacer okolicznymi trasami trekkingowymi. Infrastruktura dla turystów jest w tej okolicy naprawdę znakomicie przygotowana.

W środę opuściłem ośrodek o 8 rano. Drogą SS 48 a następnie SS 641 dojechałem do Passo Fedaia (48) której główna atrakcją jest góra Marmolada wraz z ogromnym obszarem lodowcowym. Wjazd na przełęcz zaczyna się za wspomnianą już wcześniej miejscowością Canazei. Już po kilku kilometrach możemy podziwiać ogromne zbocza masywu górskiego. Droga jest przyzwoitej jakości i po kilku kolejnych kilometrach doprowadza nas do konstrukcji przeciwlawinowych i zapory zlokalizowanej przy jeziorze Lago di Fedaia. Wspomnieć wypada że góra Marmolada ze swoimi 3343 metrami jest najwyższym szczytem Dolomitów.



Kolejnym przystankiem na trasie znalazło się Passo Falzarego (44) . Świetny asfalt, duża liczba wiraży, ponadto ogromna ilość łagodniejszych krótszych i dłuższych łuków. Można ćwiczyć na tej trasie swoje motocyklowe umiejętności. W ogóle na całym odcinku Wielkiej Trasy Dolomitów nie można się nudzić. Czy to widoki, czy droga zachęcająca do jazdy z nieprzepisowymi prędkościami, każdy znajdzie coś dla siebie. Według relacji ducatisti warto tu przyjechać jesienią, kiedy feeria barw uderza mnogością kolorów. Ponoć amerykańskie Indian summer przy nich nie jest już takie wspaniałe 😉.



Po szybkim espresso w Cortinie d`Ampezzo skierowałem się do Austrii na Grossglockner Hochalpenstrasse (17). Tu również postanowiłem pojeździć dwa dni. Na punkt wypadowy wybrałem hotel Post w miejscowości Fusch zlokalizowany praktycznie pięć minut drogi od bramek na Grossglockner, ale od strony północnej więc żeby do niego dojechać musiałem przejechać całą hochalpenstrasse.



Uwielbiam tą drogę. Byłem tu po raz pierwszy w 2016 roku. Była to moja pierwsza przejechana wysokogórska przełęcz alpejska. Zafascynowała mnie wtedy. Fascynuje do teraz. Z czystym sumieniem polecam ją najbardziej każdemu i uważam ją za najlepszą drogę do jazdy dla motocyklistów – pod każdym względem. Widokowo – petarda. Szczyt grossglockner prezentuje się majestatycznie . U stóp masywu ciągnie się jęzor lodowca Pasterze. Panoramiczny widok z Edelweissspitze jest jednym z najpiękniejszych jakie do tej pory dane mi było zobaczyć. Oprócz tego droga przez wierzchołek Hochtor była jednym z ważniejszych traktów którymi przewożono ogromną ilośc towarów handlowych z Alp Wschodnich. Kolejnym argumentem przemawiającym za nią jest stricte motocyklowy charakter tej drogi. Motocykliści stanowią największy odsetek użytkowników tej drogi. Wszędzie przygotowane są miejsca dla motocyklistów, ławki, schowki na kaski.



Najważniejsza jednak jest sama trasa. A ta jest perfekcyjna. Asfalt idealny, równy i gładki jak stolnica do makaronu. Nawroty są szerokie a w wielu miejscach wytyczona jest idealna ścieżka dla motocyklistów. Zakręty długie, krótkie, łagodne i ostre. Wszystkie mieszają się ze sobą tworząc techniczną nitkę toru. Za pierwszym razem skupiasz się na widokach i delektujesz nimi od początku do końca. Jadąc drugim razem zaczynasz skupiać się na drodze i jej szybszym pokonaniu. Za trzecim i kolejnym razem w głowie masz już z grubsza ułożony plan trasy i skupiasz się na idealnym wejściem i jeszcze szybszym wyjściu z zakrętu. Normalnie plac zabaw dla dużych dzieci. Szkoda tylko że ta przyjemność kosztuje 26 Euro za pierwszy dzień i 13 Euro za kolejny. Ale warto… Zdecydowanie warto…



Moja zabawa od południa w środę i cały czwartek była uwarunkowana kapryśną pogodą. W środę w południe kiedy zbliżałem się do południowej części trasy akurat przestało padać i mogłem przejechać całą drogę w miarę normalnych warunkach. Kolejnego dnia wyjechałem na trasę z samego rana. Przejechałem kilka raz w tą i z powrotem i około południa wróciłem do hotelu. Bliskość hotelu spowodowała że gdy na aplikacji „Pogoda i radar” pojawiało się okno pogodowe – wskakiwałem na motocykl – i po kilku minutach mogłem znów cieszyć się jazdą po tych wspaniałych winklach.



Może dobrze że raz na jakiś czas przychodził lekki deszcz. Dzięki temu mogłem zjechać do boksu – hotelu i naładować akumulatory :lol:. Nie zliczę ile razy jeździłem od bramek do bramek odbijając na punkty widokowe Kaiser Franz Josef i Edelweisspitze. Muszę jeszcze dodać że ruch na tej alpejskiej drodze był niewielki. Zaskoczyła mnie również spora ilość śniegu zalegające zarówno na trasie jak i jej zboczach.




Trasa


Dzień 7 i 8. Piątek i Sobota.

W zasadzie mogę powiedzieć że skończyłem objazd po przełęczach. Zaczął się powrót do domu. Z tym że tym razem nie zacząłem od razu powrotu autostradami, a lokalnymi drogami co okazało się naprawdę trafnym wyborem. Jeszcze przed Wiedniem odbiłem na trasę Nideralp (6n) i Preiner Gscheid (7n) aby trochę urozmaicić powrót. Te dwie przełęcze nie wywołują już takiego uśmiechu na twarzy jak poprzednie wysokogórskie drogi, jednak stanowią doskonałe urozmaicenie trasy w drodze powrotnej. Nocleg w Brnie. Sobota to już szybki powrót autostradami do domu.



Trasa



203 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Sam na sam...