Macedonia... I nie tylko...


Kolejna majówka, kolejny wyjazd. Na samą myśl o następnej przygodzie momentalnie pojawia się dreszczyk emocji. Tym razem bez wielkiego planowania, bez żmudnego sprawdzania co, gdzie kiedy, jak i dlaczego. Cel: Bałkany. Nic poza tym. Oczywiście bardzo pobieżnie sprawdziłem możliwe destynacje na zasadzie "tu chciałbym być, ale jeśli nie będę to trudno." Kilka miesięcy przed majówką przygotowałem inny plan. Sardynia. Niestety moi kompani z którymi zawsze razem jeździmy na dalsze wojaże tym razem jasno dali do zrozumienia że nie będą mi towarzyszyć w podróży. Wyjazd na Sadrynię został przełożony na bliżej nieokreśloną przyszłość, a sami - moja Ela i ja - zdecydowaliśmy się na odwiedzenie po raz kolejny Bałkanów. Muszę przy tym powiedzieć że nigdy nie robiłem tak długiej trasy sam. W znaczeniu - nie bez innego zmotoryzowanego towarzysza podróży. Dzień przed wyjazdem miałem lekkie obawy z tego powodu, jednak w grupie zawsze raźniej, a poza tym w razie przysłowiowego "w" zawsze jest jeszcze ktoś kto może coś ogarnąć. Nic to... trzeba ruszać! Dzień 1. Wyruszyliśmy około godziny 7.00. Cel na dzisiaj - Serbia. Wstępnie zakładałem żeby dostać się w okolice Nowego Sadu, Belgradu. Rok temu pokonaliśmy mniej więcej ten dystans zatrzymując się na nocleg u Brzi w miejscowości Sabać. Był to czas który bardzo miło wspominam więc nawet pomyśłałem że fajnie byłoby ponownie odwiedzić tego wariata. Drogę do Miskolca znam już praktycznie na pamięć więc nic nas tu nie zaskoczyło. W Miskolcu wskoczyliśmy na autostradę i pomykaliśmy dość sprawnie w kierunku serbskiej granicy. Zaraz za granicą zrobilśmy dłuższy postój na sprawdzenie pogody, która de facto determinowała nasze postoje i noclegi. Majówka na południu Europy nie różniła się zbytnio od warunków w Polsce. Było gorąco, zimno, słonecznie, deszczowo... śnieżnie - ale o tem potem... Niestety o ile popołudnie i wieczór u Brzi zapowiadały się pogodnie, o tyle poranek i przedpołudnie już nie. Najsensowniej było udać się dalej, za Belgrad, żeby kolejny dzień - przynajmniej na starcie - złapać w dobrej pogodzie. Żar lał się z nieba - termometr w Suzi wskazywał ponad 31 stopni - a my sprawnie pokonywaliśmy kolejne kilometry. Dotarliśmy aż do miejscowości Jagodina i nocleg spędziliśmy w całkiem przyjemnym hotelu Hill. Zmęczeni nie mieliśmy czasu na jakieś dłuższe zwiedzanie więc zrobiliśmy sobie krótki spacer i przy butelce wina dokończyliśmy wieczór... Dystans - 958 km Hotel Hill

Dzień 2 i 3. Po śniadaniu wyruszyliśmy dalej. Jako cel dzisiejszego dnia obraliśmy Skopje - stolicę Macedonii. W porównaniu do wczorajszych niecałych 960 km, dzisiejsze 300 km wydawało się bułką z masłem. I takie rzeczywiście było. Oczywiście cztery litery szybko dały znać - już po jakiś 100 km - że dzisiaj powtórzyć wczorajszy dystans byłoby pewnie trudno. A może to tylko kwestia przyzwyczajenia i nastawienia? W każdym razie przerobiona kanapa w DL 650 pozwalała na bardziej komfortową jazdę. Ta pewnie też trafi to tapicera ale to dopiero po sezonie...




Na granicy Serbsko-Macedońskiej był spory ruch, ale sprawne przemieszczenie się do przodu i uprzejmość serbskiego kierowcy który bez problemu wpuścił przed siebie skróciły czas oczekiwania do kilkunastu minut. W samej już Macedonii, a w zasadzie od lutego 2019r. Macedonii Północnej, zaczęło mocno wiać. Podróżowanie z prędkością autostradową stało się praktycznie niemożliwe, a utrzymywanie prostego toru jazdy bardzo utrudnione. Im bliżej Skopje wiatr stawał się coraz mocniejszy a prędkość coraz mniejsza. Odpowiedzialny za to był front ku któremu się kierowaliśmy. Już wcześniej sprawdzałem, że jeżeli nie dotrzemy do Skopje przed 14.00 to później możemy nie dotrzeć wcale... Kilka minut po 14 znaleźliśmy nasz wcześniej zarezerwowany hotel, praktycznie w samym centrum miasta. Gdy przekroczyliśmy drzwi hotelu lunęło jak z cebra... Uff, udało się. Dwugodzinną burzę przeczekaliśmy w restauracji racząc się niemiłosiernie drogim winem, którego cena była podyktowany tylko faktem że była to hotelowa restauracja...

Po burzy udaliśmy się na zwiedzanie stolicy, która - delikatnie rzecz ujmując - jest dziwna. Ładna, kiczowata, pomieszana, bogata, biedna... ale na pewno warta tego aby ją odwiedzić. Po rozpadzie Jugosławii w 1991r Macedończycy postanowili na nowo "zbudować" swoją stolicę, która w 1963r. została potężnie zburzona przez trzęsienie ziemi. Projekt Skopje 2014 - bo tak nazwano ten proces - zmienił stolicę Macedonii w zlepek monstrualnych rzeźb i budowli nadając jej wrażenie jakbyśmy chodzili po jakimś tematycznym parku którego myślą przewodnią jest starożytność, a nie stolica miasta. Tak jak mówiłem, zobaczyć warto, zwłaszcza że wszystko to mamy na relatywnie niewielkim obszarze.


Po około dwóch godzinach kręcenia się bez celu postanowiliśmy przysiąść w jakiejś restauracji celem uzupełnienia płynów. Trafiliśmy do jednej restauracji gdzie zajęty był jeden stolik a całą reszta była wolna. Trzech facetów popijało palinkę rozmawiając przy tym żywiołowo. Jeden z nich zaczął sprzątać wejście do restauracji - jak się później okazało - jej właściciel. Kelner w tym czasie popijał palinkę. Świetny podział obowiązków. Kelner na plecach na koszulce miał napisane coś w stylu "Każda rodzina ma swoją historię, zapytaj się o naszą..." Moja wrodzona ciekawość i chęć poznawania "tubylców" niestety wzięła górę i zapytałem... Sześć godzin później i wiele palinek dalej snując się po starym mieście wróciliśmy do hotelu... Jako ciekawostkę powiem, że gdy wychodziliśmy i chciałem uregulować rachunek, właściciel policzył mi jedynie za dwa kieliszki wina które zamówiliśmy na samym początku. "Byliście moimi gośćmi, nie obrażaj mnie proszę..." usłyszałem od właściciela, kiedy mu powiedziałem że zamawialiśmy więcej...



Budząc się rano wiedziałem że jazda dzisiejszego dnia nie dojdzie do skutku, szybko przedłużyłem pobyt o kolejny dzień, który cały spędziliśmy na relaksie. Długi spacer po starym bazarze, obiad, basen i sauna pozwoliły na pełną regenerację osłabionego organizmu. Po południu ponownie udaliśmy się do centrum, jednak wczorajszą restaurację - prewencyjnie - ominęliśmy szerokim łukiem... Tak na wszelki wypadek 📷 Dystans - 303 km Bushi Resort & Spa

Dzień 4 Po wczorajszym odpoczynku pełni werwy ruszyliśmy dalej. Najpierw chcieliśmy wjechać na punkt widokowy na Skopje znajdujący się na górze Vodno. Liczne zakazy wjazdu, jakieś objazdy i modernizacja drogi sprawiły że nie dojechaliśmy do wyznaczonego punktu. Niemniej jednak z innego miejsca podziwialiśmy chwilę panoramę Skopje. Następnie udaliśmy się na południowy zachód w kierunku jeziora Mawrowo i zatopionego kościoła. Wybrałem w nawigację opcję "unikaj autostrad" ale okazało się to bez sensu. Byłoby tego zaledwie ze 30 kilometrów a droga nieautostradowa biegła zaraz obok autostrady raz z lewej raz z jej prawej strony. Dopiero w okolicach Tetowo okoliczności przyrody stały się przyjemniejsze. Droga zaczęła się wreszcie kręcić i wspinać coraz wyżej. Temperatura spadła z przyjemnych dwudziestu kilku stopni do mniej przyjemnych piętnastu ale mnogość zakrętów rekompensowała temperaturę.




Gdy dotarliśmy do zatopionego kościoła okazało się że... nie jest on zatopiony. Niski stan wody w jeziorze odsłonił wszystko i atrakcji jako takiej nie było. Widoki ładne i owszem, ale tak na kilka minut i ogień dalej. Drogą R1201 - bardzo zresztą malowniczą - dotarliśmy do Ochrydy. Klasycznie spędziliśmy popołudnie i wieczór tzn. obiad wraz z degustację lokalnych trunków i piesze zwiedzanie miasta w stylu gdzie nas oczy poniosą + tripadvisor.



Dystans - 212 km Apartament Exclusive

Dzień 5. Plan na dzisiaj był następujący - Przez Albanię dotrzeć do Czarnogóry - do Kotoru, gdzie spędzimy kolejny dzień. Z uwagi na pogodę odpuściliśmy Klasztor Św. Nauma na południu jeziora ochrydzkiego i od północnej jego strony dotarliśmy do drogi SH3 w Albanii. Pierwsze kilkadziesiąt kilometrów tej drogi to prawdziwa bajka. Fajny asfalt, piękne widoki, wszędzie czerwona ziemia... później - głównie od Elbasan - to klasyczny tranzyt. Przejazd przez Tiranę, stolicę Albanii to ciekawe motocyklowe doświadczenie. Droga szeroka na kilkanaście metrów, brak pasów, wszyscy jeżdżą jak chcą. Z prawej strony skręcają w lewo i na odwrót. Jakiś typ zatrzymał się na środkowym "pasie" bo przecież musi kupić coś przy ulicznym straganie, a wszyscy go objeżdżają z lewej i prawej strony. Jakiś Volkswagen załadowany na żuka mi przemknął z lewej strony. Wszędzie chodzą ludzie... w prawo, lewo i wzdłuż drogi... Istny cyrk... Za Tiraną zaczęło znowu padać. I to nie jakiś mały deszczyk tylko regularna ulewa. Droga - mniej więcej do Szkodry - to byłą istna męka. Zdecydowanie odradzam, nawet tranzytowo i polecam poświęcić więcej czasu aby objechać naprawdę godne uwagi odcinki tj. SH31, SH22 czy SH23 a nie pchać się głównym szlakiem... Za Szkodrą przynajmniej pogoda się poprawiła więc i droga zaczęła płynąć przyjemniej. Na granicy albańsko-czarnogórskiej był duży korek, ale motocyklem można podjechać w miejsce odprawy pieszej i bez problemu pogranicznicy szybko odprawiają... Już po stronie czarnogórskiej drogą M2.4 udaliśmy się w kierunku Kotoru. Ostatnio jak byłem w tamtych rejonach jechaliśmy drogą P16 wzdłuż jeziora szkoderskiego ale nie wspominam tej drogi zbyt miło. Widoki, owszem fajne, ale jakość drogi taka że po 30 kilometrach wszystko się w żołądku przewraca.



Przed samym Kotorem, dosłownie ze 3 kilometry od zarezerwowanego noclegu przeszła bardzo gwałtowna nawałnica. Dosłownie 20 metrów przed siebie nie było nic widać. Zjechaliśmy więc na stację benzynową żeby przeczekać największe natężenie deszczu. Po kilkunastu minutach ruszyłem spod stacji i... paciak... Coś mi w głowie się ubzdurało że jeszcze muszę coś sprawdzić i się zatrzymam. Niestety noga podjechała na śliskim od deszczu gładkim asfalcie i Biała Strzała poleciała na lewy bok. Szkód zero, małżonka się trochę zestresowała bo poleciała jaka długa na lewo. Kask i ciuchy spełniły swoje zadanie. Obecni na stacji Polacy szybciutko pomogli mi podnieść motocykl i ruszyliśmy do apartamentu... Ciekawe, że mój pierwszy paciak w życiu miał miejsce w tym samym miejscu tylko półtora kilometra wyżej... Jakiś zły omen to miasto... Dystans: 331 km Apartments Amigo

Dzień 6 Od samego poranka pogoda nam mówiła że dzisiaj będzie rozdawać karty. Dzisiejsza droga nie miała być jakaś szczególnie długa i męcząca. Ot małe kółko dookoła Kotoru i Lovcen. Kotorskimi serpentynami (droga P1) pnęliśmy się ku górze. W około połowie drogi zastał nas długi korek. Lewą stroną dotarliśmy na jego początek, gdzie stało kilkanaście motocykli i policjant blokujący drogę. Dowiedziałem się od niego że potrwa to jakieś piętnaście minut. Od kilku Polaków siedzących niżej dowiedziałem się tego samego tzn. że piętnaście minut temu mówił że za piętnaście minut droga będzie wolna. W międzyczasie zaczęło padać i zrobiło się wyraźnie chłodniej. Wyjeżdzając z Kotoru temperatura wynosiła około 21 stopni. Teraz było około 15. Po 4 x 15 minutach w końcu ruszyliśmy dalej. Dołączyliśmy się do „polskiej” grupy która żwawym tempem pokonywała kolejne agrafki. Po dotarciu na szczyt serpentyn skierowaliśmy się na lewo drogą P1 w kierunku Cetyni.


Fantastyczna sprawa. Asfalt idealny, szeroki, ruch mały, nie padało, zakręty naprzemiennie w lewo i prawo o różnej geometrii… No pięknie, o to to chodziło! Po chwili wyprzedziłem dwóch wcześniej poznanych krajanów i pognałem za pozostałymi dwoma, którym wyraźnie spodobała się ta dynamiczna jazda. Po kilkudziesięciu kilometrach droga się trochę zmieniła i nie predestynowała do dynamicznej jazdy. Za Cetynią skierowaliśmy się w kierunku Lovcen. W tamtym roku nie udało nam się tam dojechać, jakoś przegapiliśmy zjazd na prawo o pojechaliśmy dalej. W tym roku oczywiście był plan żeby tamten błąd naprawić. Zbliżając się do Lovcen znowu zaczęło padać… i robić się coraz chłodniej… Kilka kilometrów dalej zastaliśmy jeszcze piękną mgłe… a temperatura nadal spadała. Na poboczach pojawił się śnieg. W miejscu gdzie był rozjazd na szczyt mgła była taka że było widać na 30 metrów, padał deszcz i było 4 stopnie… No i na środku drogi stał… bałwan. No ja nie mogę, jechać dalej na szczyt kompletnie nie ma sensu… Odbilismy więc na lewo i tylko modliłem się żeby droga na której rok temu zaliczyłem paciaka była dokończona… Jazda w takich warunkach po błocie, szutrze i cholera wie czym nie napawała mnie entuzjastycznie. Na szczęście Czarnogórcy uwinęli się ze zrobieniem tego odcinka i dotarliśmy z powrotem do początka serpentyn na P1… gdzie znowu droga była zablokowana! Kolejna godzinka postoju i ruszyliśmy dalej. Okazało się że zatory spowodowała Skoda. Nie samochód, ale firma, która kręciła jakąś reklamę…


Spokojnie zjechaliśmy z kotorskich serpentyn i z powrotem udaliśmy się do apartamentu. Dzień średnio udany z uwagi na pogodę, ale cóż… wieczór za to był bardzo udany. Kolacja w Konoba Scala Santa zrekompensowała średnio udany motocyklowo dzień. Dystans – 95 km - Trasa

Dzień 7

Poranek tego dnia był zgoła odmienny od poprzedniego. Piękne słoneczko i ciepło. Tym razem pogoda dopisała. Kierowaliśmy się do Mostaru. Najpierw drogą E65, następnie w miejscowości Risan odbiliśmy na jakąś baaardzo lokalną drogę, która nawet nie ma oznaczenia na google. Po jakiś 5 kilometrach odpuściłem jednak tą drogę. Robiło się coraz gorzej i wcale nie byłem pewien że będzie lepiej za jakiś czas, a jazda kolejne kilkanaście, kilkadziesiąt kilometrów w takich warunkach to nie to co lubię. Wróciliśmy więc z powrotem do E65 a później odbiliśmy na drogę P11 biegnącą w kierunku granicy z Bośnią i Hercegowiną. Takie drogi lubię. Szerokie ale i z długimi łukami pozwalającymi naprawdę cieszyć się jazdą. Po przekroczeniu granicy naszym oczom ukazały się widoki tak piękne, że trudno je opisać słowami. Pewnie większość z nas ma tak że jeżdżąc na motocyklu i widząc piękne krajobrazy ciężko wydusić z siebie jakieś słowa. To była właśnie ta chwila. Piękne, ośnieżone szczyty gór, olbrzymie rozległe tereny, wijące się w oddali drogi w dolinach i strzeliste skały po bokach…



Z drogi M6 skierowaliśmy się na M20. Ta, owszem również fajna, ale aż takich fajnych widoków nie było. O dziwo ruchu dużego nie było, więc szybkim tempem przemieściliśmy się do Mostaru. Wybraliśmy się na piechotę do centrum, którego Stary Most i starówka zostały wpisane na listę UNESCO. W połowie drogi do centrum lunęło jak z cebra. Na szczęście szybko znaleźliśmy taksówkarza który podwiózł nas do centrum. W trakcie jazdy opowiadał że nadal podziały w mieście są olbrzymie a niektórzy z mieszkańców do dzisiaj nigdy nie przeszli na drugą stronę mostu… Wymowne…



Sam most i jego okolice faktycznie są przepiękne. Warto spędzić chwilę i poobserwować z różnych stron gdyż krajobrazy do robienia zdjęć naprawdę pozwalają na puszczenie wodzy fantazji. Szkoda tylko że turystów było tak dużo że w zasadzie ciężko było przejść tym mostem na drugą stronę. Obiad skonsumowaliśmy w restauracji Sadrvan – bardzo smaczne jedzenie a i ceny dużo bardziej akceptowalne niż na południu Bałkanów.


Dystans – 254 km – Trasa Motel Rivero Sadrvan Dzień 8. Standardowo około 9 rano opuściliśmy nasze lokum. Dzisiejsza trasa była króciutka pod względem dystansu, tylko 124 km… ale czasowo wcale nie było tak krótko. Zaczęliśmy oczywiście z przytupem i pomimo sporego ruchu dynamicznie przemieszczaliśmy się głównymi drogami. Gdzieś mniej więcej w połowie drogi za wolny ;)  manewr wyprzedzania i najechanie na ciągłą linię skończyło się przymusowym postojem na poboczu w towarzystwie przemiłych dwóch panów policjantów. Naszymi towarzyszami byli również dwaj Estończycy którzy prawdopodobnie popełnili to samo wykroczenie. Szybka z nimi rozmowa i okazało się że stoją tutaj od dobrych 30 minut i czekają… sam nie wiedzą na co. Propozycja mandatu przedstawiona przez pana władzę nie za bardzo im się spodobała więc powiedzieli że nie przyjmują i… czekają. Szczerze mówiąc propozycja przedstawiciela władzy również mi się nie spodobała i też postanowiłem zaczekać…



Po około pół godzinie znudziło mi się zajmowanie defensywnej pozycji więc trzeba było przejść do ataku. Dwie minuty później ruszyliśmy dalej. Tym razem już bez przekraczania ciągłej linii przejechaliśmy jakieś… 5 km i korek… no nie… Minutę później dołączyli Estończycy i stanęli za mną. Jedziemy pod prąd? Zapytali mnie… A bo ja wiem – odparłem. Dobra, my jedziemy, ty jedź za nami, w razie czego się schowasz. No taka propozycja to mi się spodobała. Korek miał około dwóch kilometrów długości a jego powodem był… spalony autokar na szczycie jakiegoś podjazdu. W międzyczasie podczas przeciskania się w korku zatrzymałem się koło jakiegoś Polaka na BMW który wyprzedził nas podczas przymusowego postoju… Ja już im wczoraj zapłaciłem, więc dzisiaj też nie wyprzedzałem na ciągłej – śmiał się.. No tak, człowiek uczy się na swoich doświadczeniach najbardziej…


Dalej już bez większych przygód w miarę szybko dotarliśmy do Sarajeva. O godzinie 12.30 zameldowaliśmy się w hotelu (pomimo check-in od 15.00 – duży plus dla hotelu) i udaliśmy się najpierw do War Childhood Museum https://goo.gl/maps/E1tAU1A5JiEgATPc9. Muzeum Wojny Bałkańskiej widziane oczami dzieci spisane później przez nich jako dorosłych. Kilkadziesiąt historii opisanych z perspektywy dziecka które każde na swój sposób przeżywało traumatyczne sytuacje związane z wojną. Myślałem że przeczytam dwie, trzy historie i wystarczy… Po około półtorej godziny, przeczytaniu wszystkich i wyjściu razem z Elą przez pierwsze kilkanaście minut szliśmy w milczeniu… Następnie przez kilka kolejnych godzin kręciliśmy się po starówce i okolicach podziwiając sarajewską zabudowę miasta. Jest ono niezwykle fotogeniczne i można tam zrobić naprawdę piękne ujęcia… następnym razem muszę wziąć lepsze szkło niż telefoniczną małpę…


Dystans: 124 km - Trasa Hotel Bejturan

Dzień 9 Powrót. Planowo rozłożony na dwa dni. Celem dzisiejszego dnia jest Budapeszt. 558 km i siedem godzin wg Google. Spokojnie. Najpierw śniadanie, później niespieszne pakowanie i około godziny 9.30 wyjazd z Sarajewa. Pewnie tak jak każdy nie lubię powrotów. Gdzieś z tyłu głowy siedzi już że to koniec przygody i wszystko co fajne i oczekiwane lub nie, już za nami… Dokładnie tak samo było tym razem. Jechaliśmy spokojnie, bardziej w milczeniu niż rozmawiając o tym co nas czeka za chwilę. Kolejka na granicy Bośni i Hercegowiny i Chorwacji była całkiem spora więc po chwili oczekiwania w kolejce boczkiem przecisnąłem się pod szlabany. Celnik porozumiewawczo skinął ręką i po minucie byliśmy po drugiej stronie… Temperatura do jazdy była idealna. Dwadzieścia kilka stopni i słoneczko. Niestety już na granicy chorwacko – węgierskiej zaczęło padać i taka pogoda utrzymywała się przez kolejny czas. Na przemian, deszcz i słońce. Przed Budapesztem sprawdziłem prognozy pogody na jutrzejszy dzień. Wyglądały fatalnie… Cała droga od Budapesztu do Rzeszowa w sporym deszczu i z temperaturą około 8 stopni. Ela nie była zachwycona moim pomysłem ale podjąłem decyzję że jedziemy dalej. Nie wiem dokąd, do Miskolca, Koszyc, byle bliżej, zwłaszcza że od Budapesztu miało przestać padać. Finalnie przejechaliśmy Miskolc, Koszyce, Presov, Barwinek i około 22.30 po przebyciu prawie 1100 km, zmęczeni, ale szczęśliwie dotarliśmy do domu… Do następnego!

24 wyświetlenia

©2020 by Ride Through Life. Proudly created with Wix.com