Korsyka... Francuska Przygoda...


Początki...

Plan wyprawy pojawił się - jak to zwykle bywa - podczas późno jesiennych dni, kiedy to na motocyklu raczej nie da się jeździć. Bynajmniej nie w takich warunkach w jakich lubię. Czas wyjazdu - majówka 2018. Kalendarz pięknie komponował się z harmonogramem wyjazdu. 3 dni wolnego - 9 dni jazdy. Plus standardowe pół dnia w piątek.

Długo się nie zastanawiając zadzwoniłem do stałych uczestników naszych wypraw celem zainspirowania ich do podjęcia tej jakże trudnej decyzji. Speedy jak zwykle nie miał żadnych wątpliwości. 

- Termin ok, czas ok, miejsce ok - jadę, resztę sobie dogram - odpowiedział mniej więcej po pół minuty.

U Józia sprawy się trochę bardziej komplikowały i stwierdził, że z decyzją wstrzyma się aż pozałatwia sprawy osobiste. Bart zakomunikował, że nie będzie wiedział do samego końca. Niedawno przeszedł operację kolana i sam nie wie jak ta jego noga będzie sprawować się przez następne pół roku. Zadzwoniłem również do Mira. Świeżo upieczony motocyklista z wielkim dystansem podszedł do tematu. 

- Ja ?? Na Korsykę ?? 4.500 kilometrów ?? - zapytał

- No... Czemu nie ? - odpowiedziałem również pytająco

- Przecież ja nie umiem jeździć!

- Nauczysz się...

Od słowa do słowa - w tym po obietnicy, że jak tylko zrobi się w miarę ciepło na wiosnę, to będziemy ostro trenować jazdę w różnych warunkach - wstępnie się zgodził. Józek również się zgodził. Super - piątka już jest. Szósty może będzie... Powiedziałem piątka ? No tak... nasz wyjazdowy El, czyli moja małżonka Ela również miała nas zaszczycić swoją osobą na moto majówce... 

Przygotowania...

Jak zwykle strona organizacyjna przedsięwzięcia przypadła mnie, czemu się zresztą nie dziwię gdyż przeważnie jestem inicjatorem wyjazdów w naszej grupie, a poza tym to lubię. Podzieliłem wyprawę na trzy etapy. Dojazd, Korsyka i Powrót. 

Wyjazd w piątek najlepiej około godziny 13.00, tak aby na niedzielę wieczorem przybyć do Livorno. Półtora dnia głównie autostradami, niedziela z niewielkim przelotem, tak aby zahaczyć o Maranello, Florencję i Pizę. 

- Będziemy w Maranello ?? - Zapytał Speed. Pojeździmy Ferrarkami ?? - Dodał.

- Ogarniemy - Odpowiedziałem.

Kolejny etap to Korsyka. Od poniedziałku do czwartku. Droga D80, D81, D84, RT 301... Cap Corse, L`Ile Rousse, Calanques de Piana, Ajaccio, Bonifaccio, Porto-Vecchio... Na pewno będzie fajnie.

Przy powrocie pojawiła się fajna, aczkolwiek bardziej wymagająca opcja. Zamiast wracać w czwartek po południu z Bastii do Livorno, można przepłynąć nocą z Bastii do Toulon i przejechać się Lazurowym Wybrzeżem, z tym że na dłuższe zwiedzanie nie ma co liczyć. Ot, zaliczyć kilka fajnych miejscowości, żeby wiedzieć do czego można tam kiedyś wrócić. Wszyscy towarzysze podróży wybrali opcję dłuższą. Będzie ciekawie...


Etap I

Piątek

Godzina 12.00. Punkt spotkania – pierwszy MOP przy wyjeździe na autostradę z Rzeszowa. 15 minut przed wyjazdem z domu syn wrócił ze szkoły i na odchodne rzucił – Bawcie się dobrze i jedźcie ostrożnie – Kurczę takie słowa z ust dziesięciolatka… Jedziemy! 3 minuty później dzwoni Józek:

- Słuchaj, wiesz, ten tego…. Coś mi z kufra odpadło i jestem w Łańcucie. Kupuję nowy kufer i się trochę spóźnię.

Pomny wcześniejszych doświadczeń z tym oto osobnikiem wiedziałem że coś wypadnie i się spóźni… Zawsze coś wypadnie i się spóźnia… Dlatego w mym niecnym planie wziąłem to pod uwagę i start zaplanowałem na 13.00. Tylko że…. Zapomniałem o tym powiedzieć Spidowi i Mirkowi. No cóż… oczekiwanie na atrakcję czasem jest lepsze niż atrakcja sama w sobie. Koniec końców około godziny 12.50 wyruszyliśmy w kierunku zachodzącego słońca. Nudna autostradowa droga… Dębica, Tarnów, Kraków, Katowice, później na A1 w kierunku Czech. Ostatnie tankowanie w Polsce na BP w Mszanie i dalej w drogę. Postojów dużo nie było, sprawnie pokonywaliśmy kolejne kilometry. Wielkich wrażeń z jazdy też nie… prędkość w granicach 130-140 km/h i byle do celu, którym był Mikulov. Na jednym z postojów zarezerwowaliśmy kilkuosobowy apartament i około godziny 19.30 Byliśmy u celu. Pierwotnie zastanawialiśmy się, czy nie dojechać do Wiednia ale stwierdziliśmy że na pierwszy dzień wystarczy, a jutro będziemy mieli te kilkadziesiąt kilometrów więcej. 

Sama miejscówka fajna. Apartamenty przerobione z jakiegoś starego klasztoru czy innego monastyru. Wielki – 130 m2… Bar, grill wewnętrzny… można by tu pomieszkać ze dwa dni. Jako, że zaopatrzeni byliśmy jeszcze z domu, uraczyliśmy się do snu wiśniówką z wódnistra i piwkiem…. Jutro do zrobienia kilka kilometrów więcej…

Apartman VIP Mikulov Trasa: 554 km - https://goo.gl/maps/idzcxyBEzvx

Sobota

Około godziny 5.00 nad ranem budzi mnie deszcz. Świetnie... Jak sprawdzaliśmy prognozę pogody wczoraj wieczorem miało nie padać. Zubilewicz.... Ty ch....!!! No trudno. Najgorsza z możliwych opcji. Autostrada, dużo kilometrów, deszcz i jazda ubrany jak teletubiś. Nikt nie mówił że będzie łatwo. Jako że godzina wczesna była leżałem na łóżku i przeglądałem prognozy… Dlaczego wszędzie na każdym portalu pokazują zero deszczu i piękną pogodę cały dzień? Przecież na zewnątrz leje… Ehh te internety… Po mniej więcej godzinie wstałem i zrozumiałem… Okno otwarte, a na zewnątrz, dosłownie dwa metry ode mnie, mały strumyczek sobie płynie. Chciałbym zobaczyć swoją minę w tym momencie – na pewno bezcenne.

Po śniadaniu wyruszyliśmy w dalszą drogę. Cel na dzisiaj – Bolonia. Jeszcze przed wyjazdem Miro stwierdził, że w Bolonii wiele nocą się dzieje więc fajnie byłoby nocleg znaleźć gdzieś w okolicy. Do zrobienia około osiem stówek. Damy radę. Monotonię autostradową przerywały czasem komunikaty z traffica sugerujące objazdy lokalnymi drogami tworzących się na autostradzie korków. Skrzętnie korzystaliśmy z tych proponowanych tras z dwóch powodów. Po pierwsze: Z moimi bocznymi kuframi przytroczonymi do motka przeciskanie się w korku wcale nie jest takie oczywiste. Po drugie – ważniejsze – nawet półgodzinny zjazd z autostrady i pomykanie lokalnymi austriackimi ścieżkami były po prostu przyjemne. Oczywiście każdorazowo w oczy rzuca się wszechobecny porządek. Ordnung must sein! Nie wiem jak oni to robią ale w każdej wiosce przez którą żeśmy przejeżdżali nie było papierka na ulicy czy przypadkowego listka na chodniku. Na obrzeżach wiosek w tartakach drewna poukładane od linijki… Ma to swój urok…

Dzień przebiegał w ustalonym rytmie. 200 kilometrów – tankowanie, przerwa, baton lub inny hot dog i następne 200 kilometrów. Jedno z tankowań wypadło na autostradzie przy którymś zjeździe na Wenecję… Nie polecam. Powiem szczerze że widok dwóch euraków za litr wachy mnie delikatnie zmierził… Kurde, jakby dali 1.99 to nawet psychologicznie człowiek by do tego inaczej podszedł… ale dwa ojro? Gdzieś nawet fotkę cyknąłem tak dla pamięci, żeby się zbytnio nie irytować gdy 95 u nas będzie kosztować ponad 5 zeta za literek. 



Około 18.00 dotarliśmy do celu. Hotel Cosmopolitan Bolonia. Całkiem przyjemny, duży parking. Na miejscu okazało się że śniadanie jest w cenie pomimo że na bookingu nic o tym nie było. Spoko, lepiej w tę stronę. Po odświeżeniu się i zatankowaniu innej wachy do innego baku ruszyliśmy w miasto. 

Muszę przyznać, że zrobiło na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Ludzi mnóstwo, głównie studentów, którzy wylewali się z każdej możliwej alejki w poszukiwaniu nocnych atrakcji Bolonii. My przede wszystkim musieliśmy coś zjeść więc usilnie poszukiwaliśmy jakiejś dobrej knajpki, restauracji. Tripadvisor podpowiadał sporo, ale niestety wszędzie brak miejsc. W końcu Józek wypatrzył w jakieś wąskiej alejce jeden wolny stolik. Skrzętnie skorzystaliśmy z okazji. Przypadek spowodował że trafiliśmy do całkiem fajnej trattorii w której pierwsze skrzypce grała rycząca, na oko pięćdziesięciokilku letnia kelnerka, którą najpierw wzięliśmy za właścicielkę. Jej początkowo chłodne, szorstkie – ale nie nieuprzejme – podejście, z biegiem czasu zmieniało się o 180 stopni. Po godzinie siedziała z nami i śmialiśmy się wzajemnie z opowiadanych żartów.



Po obfitej kolacji udaliśmy się na nocne zwiedzanie Bolonii, która chyba nigdy nie zasypia. Mocno po północy, a ludzi chyba jeszcze więcej niż wieczorem. Obeszliśmy na spokojnie kilka atrakcji, część z nas z nutką „zaciekawienia” spoglądała na knajpki, kluby i inne przybytki które zapowiadały ciekawą sobotnią noc… ale nic z tego. Co prawda w niedzielę nie mieliśmy zbyt dużo kilometrów do zrobienia, ale to nie znaczyło że możemy sobie pozwolić na za dużo imprezowego luzu…


Trasa: 820 km. https://goo.gl/maps/1waVttsjDe12

Hotel Cosmopolitan Bologna

Niedziela

Niedzielny poranek był spokojny. Czasu mieliśmy dość na wszystko i bez zbędnej napinki po śniadaniu ruszyliśmy do Maranello. Nasz pierwszy z głównych celów. Przejażdzka super samochodami z konikiem na masce. Po około godzinie czasu dotarliśmy do wypożyczalni. Ceny za wypożyczenie jak na nasze warunki niemałe, ale co tam… raz się żyję.



Wybraliśmy opcję na pół godziny. Dwa Ferrari California i jedno Ferrari F430 Spyder. Jeszcze tylko kilka podpisów pod klauzulą, że jeśli się rozwali auto z własnej winy to trzeba zapłacić 3.000 Euro i można jechać… Powiem to tak. Prowadzenie auta za bańkę… fajne uczucie. Przyspieszenie? Jak na auto spoko… Prowadzenie też… Pomimo jazdy po publicznych drogach, poza terenem zabudowanym piloci pozwalali puścić wodze fantazji i pocisnąć trochę mocniej. Pół godziny minęło bardzo szybko, ale wrażenia pozostały w pamięci. Jedno z dziecięcych marzeń – przejażdzka Ferrari w Maranello – zaliczone.



Naszym kolejnym niedzielnym celem była Florencja. Nie żeby jakoś mocno tam zwiedzać. Ot, przejechać motocyklem, zatrzymać się na chwilę, cyknąć gdzieś fotkę i jechać dalej. Plan za bardzo nie został zrealizowany… W sumie to w ogóle… Centrum Florencji rozkopane, pozmieniana organizacja ruchu, masa tymczasowych uliczek jednokierunkowych przez które GPS wariował, a do tego upał… Wszystko to spowodowało że chcieliśmy jak najszybciej opuścić zatłoczone miasto i po prostu jechać dalej…

Następny przystanek – Piza. Szybki obiad w postaci niedobrej pizzy. Zaliczona wieża przy której tłoczyła się masa turystów i… dalej. Tym razem już do Livorno skąd nad samym ranem mieliśmy odpływać na Korsykę.



Podzieliliśmy się na dwie grupy. Jedna pojechała do sklepu na codzienne zakupy, druga do portu zorientować się skąd odpływa prom gdyż ponoć często są problemy z trafieniem gdzie trzeba…

Trasa: 320 km: https://goo.gl/maps/XRqHXymdDjR2

Suites Marilla Apartments

Etap II Poniedziałek

- Nie możecie tu wjechać – Powiedział strażnik przy wjeździe do portu.

- No jak nie możemy, jak wczoraj nam tu mówili, że motocykle tędy wjeżdżają? – zapytał Miro.

- Nie możecie i koniec, jedźcie dalej.

- Gdzie?

- No tam! – wskazał strażnik palcem w prawo.

Pojechaliśmy w prawo i… wyjechaliśmy z portu. Więc to o to chodziło z tym że nie wiadomo co gdzie i jak… 

Pokręciliśmy się z 15 minut i w końcu znaleźliśmy właściwym wjazd. Ustawiliśmy się w kolejce i czekaliśmy na załadunek. Godzinka upłynęła na rozmowach z nowo poznanymi innymi motocyklistami – pozdrowienia Mrozu. Rejs jak rejs. Cztery godziny zleciały dosyć szybko i około godziny 12.00 zawitaliśmy do Bastii. Szybki rozładunek, wyjazd z promu i… ogień...


Albo raczej płomyczek. Wąsko, korek, upalnie… nie porucha… Po kilku kilometrach zatrzymaliśmy się na szybkie przebranie. Membrany poszły w bagaż, zamiast ubrań termoaktywnych – krótkie koszulki i można dalej jechać. Po kilku kilometrach relatywnie dużego ruchu zdecydowanie się on przerzedził. Jechaliśmy drogą D80 na północ na przylądek Cap Corse.

Z każdym przejechanym kilometrem było coraz lepiej. Kręto, czasem wąsko i z przepięknymi widokami. Droga wijącą się nad samym morzem przypominała niekończącą się rozwiniętą i poskręcaną babciną włóczkę. Przepięknie… Najlepsze były oczywiści odcinki gdzie widać na przestrzał kolejne dwa czy trzy zakręty i wtedy można dać upust emocjom. Pomimo tego że jechałem we dwójkę ze wszystkimi możliwymi kuframi i innymi bagażami prawa ręka dynamicznie chodziła w górę i w dół. Naprzemienne zakręty nakazywały skupić się wyłącznie na drodze jednocześnie wytwarzając endorfiny dzięki którym w głowie kołatały się tylko i wyłącznie myśli w postaci „więcej, mocniej, szybciej…” Oczywiście gdzieś z boku co jakiś czas główka dostawała polecenie – Nie przesadź - ale były to zdarzenia zdecydowanie incydentalne…



Tego dnia miejscem docelowym było miasteczko L`Ile Rousse. W linii prostej od Bastii 67 kilometrów i według google 1.30h jazdy. Nasza droga miała 150 kilometrów i 4 godziny jazdy. Po około godzinie jazdy zaaferowany i podekscytowany jazdą zdałem sobie sprawę że tu naprawdę nie było ani jednego prostego odcinka dłuższego niż kilkanaście metrów! Cały czas lewo, prawo, lewo, prawo, zakręt krótki, długi, zaciskający się, otwierający, nawijka…. Ale zawsze zakręt!

Jazda – pomimo udziału naszego świeżaka – szła całkiem sprawnie a wyprzedzanie na tych zakrętach – dzięki posiadaniu przez wszystkich interkomów – bezproblemowo. Przez to zaaferowanie i szeroko rozumiane podniecenie, przegapiliśmy północny przylądek wyspy – Cap Corse. Dopiero po kilku kilometrach zorientowałem się że kierujemy się już na południe. Widoki nadal pozostawały obłędne, droga fantastyczna… I tak cały czas… Z rzadka tylko mijaliśmy jakieś wioski które mocno nas spowalniały z uwagi na większy ruch.



Droga D80 skończyła się w miejscowości Saint-Florent i przeszła w drogę D81. Odcinek drogi D81 od wyjazdu z Saint-Florent do skrzyżowania z główną drogą T30 – po prostu genialny. 25 kilometrów fantastycznej ścieżki ze wszelkimi możliwymi rodzajami winkli. Trące o asfalt co chwile podnóżki i nieschodzący z gęby banan to najlepsze określenie jazdy po tej drodze.

Droga D80 (plus kawałek D81) urzekła mnie. Była dokładnie taka jak czytałem w różnych opisach i relacjach innych motocyklistów. Jeżeli pozostała część wyspy miała być jak ta droga – to nic więcej mi do szczęścia nie będzie potrzebne (no… może poza pogodą…)

Przed dojazdem na miejsce noclegowe zatrzymaliśmy się na szybką kawę i bajgla w malutkiej knajpce Licciola. Trudno ją przegapić a warto nawet na kilka minut wstąpić. Pięknie położona z pięknym widokiem…


Około godziny 18 dotarliśmy do L`Ile Rousse. Doprowadzenie się do stanu używalności chwilę nam zajęło i dopiero późnym wieczorem udaliśmy się na eksplorację okolicznych terenów i jakąś kolację. O dziwo sporo knajp i restauracji było już pozamykanych. Po zasięgnięciu języka polecono nam dwie otwarte o tej godzinie knajpie. Jedna gdzie jest drogo i druga gdzie jest bardzo drogo. Ku naszemu zdziwieniu wybraliśmy tą pierwszą… Dotarliśmy do restauracji A Siesta. Pięknie położona, nad samym morzem. Szum rozbijających się fal w odległości 3-4 metrów od stolika wprawiał w błogi nastrój. Dobra obsługa, jedzenie świeże i bardzo smaczne. Udało nam się dobrać do tej kolacji dobre wino dzięki czemu posiedzieliśmy dość długo. Kolacja tam, była dopełnieniem wspaniałego dnia który nam na długo pozostanie w pamięci… Rachunek też pozostanie w pamięci …


Trasa: https://goo.gl/maps/PLsaSum8UQH2 Nocleg: Motel Saint Michel Licciola A Siesta

Wtorek

Tym razem prognozy nie pozostawiały złudzeń. Będzie padało. Pytanie tylko jak długo i jak wiele. Szybki rzut oka na windy.com i wiedzieliśmy że deszczu dużo nie będzie ale niestety przez cały dzień. Z drugiej strony jak patrzyliśmy na pogodę niżej, to naprawdę nie mieliśmy powodów do narzekań. Nie chciałbym być wtedy na Sardynii…

Według planów dzisiejszego dnia mieliśmy zrobić około 250 kilometrów a pierwszym celem miała być malowniczo położona wioska Sant Antonio jednak z uwagi na pogodę zrezygnowaliśmy z tego punktu. Początkowo drogą T30, później RT301 wjechaliśmy w interior. RT301… miodzio… malownicza wąska ścieżka – standardowo bardzo pokręcona – prowadząca wśród skał. Piękne widoki, strzeliste skały i bardzo mały ruch.